piątek, 23 września 2016

A mnie jest szkoda lata.....

 
... tak, tak - sentymentalnie się zrobiło.
Starczo wręcz.
I śmierdzi naftaliną.
A liście lecą z drzew....

Tradycją już stało się nasze pożegnanie lata w górach.
Czasem tylko jednodniowe - z obowiązkowym wjazdem (ojj to lenistwo!) na Czantorią, a czasem kilkudniowe, wspólnie z Dziadkami.
Ponieważ ten rok obfituje w wyjazdy Pana Taty, weekendy często rezerwujemy tylko dla siebie.
Połączyliśmy zatem Tosine urodziny z pożegnaniem lata.
Kierunek - Zwardoń.

1. Nocleg
W sumie to przez nocleg zmieniliśmy kierunek naszego jesiennego wypadu.
Miała być Jura, a wyszło jak wyszło.
Gdzie wyszło?
Dworek Szwajcaria.
Na plus:
- pokój!
Pokój był hitem.
Wielki, z dwoma dużymi oknami, z łożem małżeńskim, biurkiem, narożnikiem, stołem... a jeszcze pozostało wiele miejsca dla młodej do zabawy.
Sam dworek - widać, że już nie pierwszej nowości, ale właściciel zaczął w niego inwestować.
Ogród dla dzieci przygotowany bardzo dobrze.
Słowackie piwa w barze.
Na minus:
- jadalnia.
Miejsce ciemne, bure, ponure.
Jedzenie - średnie.
Ale cena adekwatna do jakości.

2. Góry
Ostrzegano mnie, że TAM nic nie ma.
Bardzo się cieszę - właśnie tak lubię najbardziej.
Oczywiście tydzień czy dwa nie wchodzi w rachubę. Ale 2-3 dni jak najbardziej.
Wyjazd w góry oznacza wyprawę na szlak.
Tosia zaprawiona w bojach jeszcze nie jest, ale kiedyś zacząć trzeba.
Wielka Racza.
Szaleństwem byłaby wędrówka aż ze Zwardonia - 6 godzin marszu w jedną stronę.
Ale z Rycerki Górnej już tylko 1,5 godziny!

  
Bardzo fajna trasa. I dla dzieci i dla dorosłych - choć podejść nie brakowało!
Szlak nie był przeładowany - gdy schodziliśmy koło 15-tej minął nas jeden pan i dwóch rowerzystów!
Cisza, pustka i jagody :)
W porównaniu z przeładowaną Wisłą, Ustroniem - cudnie!


3. Karczma Ochodzita.
Byliśmy tam drugi raz.
I ostatni.
Karczma słynie z pięknych widoków i pysznego jedzenia.
Nie. Tylko z widoków.
Jedzenie średnie.
Ale i na to przymknęłabym oko.
Kelnerzy - to była porażka.
Zamówiłam kawę i ciastko - dostałam tylko ciastko. Kawa zaginęła.
Tosia chciała pierogi - Pan szukał nas 15 minut...
I te dzikie tłumy....



środa, 14 września 2016

Kupa nieszczęścia...

Lubię gdy życie jest intensywne.
Oczywiście nie przez pełny miesiąc - bo wiek już swoje robi, szybko wykończyć się można.
Ale lubię mieć zaplanowane popołudnia, weekendy.
Gdy pozostawiam dzień bez organizacji - jedno jest pewne - przeleci jak każdy inny i nic z niego mieć nie będę.

Od początku miesiąca mamy same atrakcje!
Tosia skończyła 6 lat!
Były balony, prezenty i - najważniejsze - impreza dla koleżanek i kolegów!
Rodzina dopisała, przyjaciele również.
Małolata szczęśliwa.


 





Na dokładkę, na weekend zawitaliśmy do Zwardonia.
Koniec świata.
Cudowna cisza.
Brak przeładowań na szlaku.
Mniejsza komercja niż we Wiśle czy Ustroniu.
Cisza, spokój, sielanka.
(o Zwardoniu będzie osobny wpis.)

Pozytywnie naładowana wróciłam akurat na wypłaty, które działają na mnie coraz bardziej destrukcyjnie.
Czemu? Hmmm, może kiedyś napiszę o mojej pracy. Tej co była i tej co jest. Jeśli oczywiście temat jest ciekawy....

Więc zaczyna się destrukcyjnie. A od destrukcji do nieszczęścia już blisko.
Czym się objawia kupa nieszczęścia?!
Nieszczęściem wokół mnie....
Moja dobra koleżanka leży w szpitalu (wirusowe zapalenie opon mózgowych!), ojciec mojej koleżanki - dostał udaru w pracy (i nie zaliczą mu tego jako wypadek w pracy!), szykuje mi się dalszy wyjazd do bliskiej osoby - nowotwór, średnie rokowania.

Czy świat nie może zwolnić?
Wiem, że same dobre wieści też nie są ciekawe (przesłodzenie jest bleee!), ale tyle przykrych, złych wydarzeń w tak krótkim czasie - to jak dla mnie - za dużo.
Nie chcę tak!

Chcę by było dobrze - nie musi być cudownie, dobrze wystarczy.
Dlatego dziś jem niezdrowe rzeczy.
Dlatego obejrzę dziś "Me is Vicktoria Beckham" i będę się głośno śmiała.
Dlatego będę chodziła później spać - by czytać jeszcze więcej - bo czytanie sprawia mi radość.
I umyję okna by się zrelaksować ;)

czwartek, 1 września 2016

Zajęcia popołudniowe.

1 września.

Będąc dzieckiem, każdego roku ten dzień wyglądał identycznie:
z wielką radością biegłam na rozpoczęcie roku szkolnego (tak, dokładnie - z wielką radością, bo koleżanki, pachnące świeżością książki, zeszyty, materiały szkolne) i wieczorem - imieniny Babci.

Rodzice nie zapisywali mnie na tysiące zajęć dodatkowych.
I nie ważne, czy powodem były pieniądze czy coś innego (bo byłam taaaka mądra?!).
Przez pierwszy miesiąc szkoły, po powrocie do domu, najpierw biegłam na podwórko.
Zabawa, wymiana dziecięcych plotek...
Pod wieczór lekcje. I tyle!
Jeżeli potrzebowałam jakiegoś wsparcia w trakcie roku szkolengo - to głównie ograniczało się do lekcji językowych (noga byłam jak nic!).
Czy ktoś z Was, chodził na korepetycje?
Czy jak się czegoś nie umiało, to rodzice nie tłumaczyli?

Po kilku latach udzielania korepetycji widzę, że jest to głównie wymysł rodziców (oczywiście nie uogólniając).
Brak czasu, brak chęci do siedzenia z dzieckiem nad lekcjami rekompensują (sobie? dziecoom?) wieloma lekcjami dodatkowymi.
A dzieci są tak rozleniowione, że same nie chcę pracować.

Tosia jest w zerówce.
Z zajęć dodtakowych ma:

1. karate
tak, wiem... rozumiem wszystkie za i przeciw, ale...
Zajęcia są ogólnorozwojowe. Nie tłuką się przez całe 60 minut.
Pani Dorota, uczy ich przede wszystkim słuchania poleceń. Rozwija ich ruchowo.
A Tośka ma ogromną frajdę z ćwiczeń w kimonie.

2. angielski
niech ma w tym temacie dobry start.
Chciałabym, jak już będzie umiała pisać i czytać zapisać ją na drugi, inny jezyk obcy.
Jednak najważniejsza jest równowaga i to czego ona będzie chciała!

3. basen
tu mamy pole do popisu.
Po jej wakacyjnych wariacjach z maską i fajką - kurs pływania obowiązkowy na liście!
Dodatkowo wierzę, że trochę się uodporni na wirusy, wyprostuje postawę i wzmocni wszystko to co jest do wzmocnienia.

I wystarczy!

Uważam, że 3 dni w tygodniu z zajęciami dodatkowymi to i tak jak dla sześciolatka wystarczająco.
Nie rozumiem matek, które zapewniaja dziecku zajęcia popołudniowe od poniedziąłku do piątku.
To kiedy dzieci mają mieć czas na zabawę, czy zwykłe, dziecięce nudy?
A mówi się, że to szkoła zabiera dzieciństwo...
Nie - to my, rodzice!