sobota, 24 grudnia 2016

Tuż Tuż....

Miałam zamieścić wpis wczoraj, ale....torty mnie pokonały.
Wrzucam dziś - bo nadal aktualne :)

Tak, doczekałam się!
Dzień zaczął się wydłużać. Na początek aż o 7 sekund, ale jakie ważne 7 sekund!
Jak pomyślę, że maj już niedaleko, a później ulubiony czerwiec i za chwilę wakacje - to aż się chce... jeść. Bo jednak nadal ciemno i zimno...

Dziś dzień pieczenia.
Mam tylko nadzieję, że ciasta wyjdą wyśmienicie!
Będzie tort makowy z pomarańczami i tort sułtański. Takie tortowe święta ;)

A jutro pierogi.
Ja lepię ruskie i kaszą.
Te z kaszą to smak dzieciństwa, który zawsze kojarzy mi się z Babcią...
Babci już nie ma z nami, ale pamięć jej samej, jej zdolności kulinarnych często mnie zawstydza...



Ale, ale....
Życzę każdemu (każdej?!) z Was :
- chwili oddechu na kanapie - dłuższej czy krótszej - ile kto potrzebuje;
- nadrobienia zaległości;
- spokoju
- tradycyjnie, rodzinnych, ciepłych Świąt....

poniedziałek, 19 grudnia 2016

HoHoHo...

Ostatni przedświąteczny weekend za nami....
Jak Wam minął?
Pełna mobilizacja?
Wszystko - done, z agresją na poślubionego i małoletnią?
Za bajzel, manelarstwo i ogólnie - bo ja mam wszystko na głowie, a wy co?
Ojjj tak....

Dziś krótko.
Na poprawę nastroju, wzmocnienie odporności i przejedzenie - proponuje napar ze świeżego tymianku.
W Gliwicach podają go w SzAMMa:
prosta receptura:
świeży tymianek + plaster pomarańczy + plaster cytryny + łyżka miodu.
Zalać wrzątkiem, odstawić na 5-10 minut.
Delektować się oryginalnym smakiem!

W Grecji zielsko ma szerokie zastosowanie - od miodu (można kupić gdzieś u nas?), po kąpiele w naparze na problemy ze skóra czy infekcje intymne.

Gdyby ktoś chciał poznać szersze zastosowanie tymianku (np olej z tymianku stosowano do balsamowania zwłok w starożytnym Egipcie!) zapraszam do linku!

Właściwości tymianku

czwartek, 15 grudnia 2016

Grudzień......

 
Matko, kiedy to nastąpiło?!
Już grudzień?!
A ja jeszcze z niczym nie gotowa!!
To do mnie nie podobne...
Szafy nieogarnięte, okna brudne, firanki też czystością nie grzeszą (stooooop - firanek już nie mam od dawna). Ale cała reszta się zgadza.

Wczoraj udało mi się zaplanować zakupy spożywcze i co będę piekła na Święta.
Planowanie - na tym kończę. Później siadam z kawą i nie ruszam się do 20...
Brak słońca, ciągłe wahania ciśnienia, temperatury i tego co za oknem rozchwiało mnie emocjonalnie.
Psycholog? Nie!
Pani Maria (Deutsch Lehrerin) twierdzi, że wystarczy 5 minut na solarium raz w tygodniu....

Reasumując. To co udało mi się zrealizować:
- wysłałam kartki (45 minut w kolejce do punktu pocztowego. W tym czasie Pani poszła na 15 minutową przerwę, Tośka sikać chciała a ja miałam wszystkiego po kokardę!)
- wysłałam paczkę do Niegowa. Moja Robótka z roku na rok będzie lepsza - więcej się uczę, przyglądam co kto i jak kto...
Jest w dechę!

Oooo, właśnie - w zeszły weekend był mój ulubiony Kraków.
Choć przyznam uczciwie - nadmiar ludzi mnie męczy.
A krakowski jarmark to deptanie po piętach, tony jedzenia, mnogość kultur.
Udało nam się jednak spotkać z:
- kuzynką - pogodynką z Płocka / Warszawy. Akurat pytanie na śniadanie nagrywało się z rynku...
- z naszymi przyjaciółmi - bo to już ostatni czas gdy są we dwójkę... Lilka za chwil kilka będzie już z nimi (i z nami przy każdej nadarzającej się okazji)
- z familią, dawno nie widzianą...
I mimo, że mandacik za parkowanie zebrałam - wyjazd był super.



































Wróćmy jednak do Świąt, które stoją już za progiem...
Smaki, zapachy związane tylko ze świętami Bożego Narodzenia? Jak dla mnie to m.in. przyprawa do piernika, pomarańcze nabijane goździkami, suszone śliwki (choć tych wędzonych nie lubię).

Jako rozgrzewkę przed świątecznymi wypiekami spróbowałam korzennego brownie ze śliwką.
Przepis (TU),.
Tak - pyszne ciasto. Zmodyfikowałam leciutko - dałam mniej śliwek - błąd. Śliwka w nim jest najlepsza!
Przyprawa korzenna - dałam zgodnie z przepisem jedną łyżkę. Po upieczeniu, gdy ciasto było jeszcze ciepłe - wydawało mi się, że jest to zbyt duża ilość. Jednak na drugi dzień zmieniłam zdanie - spokojnie można dołożyć jeszcze pół łyżki!



I tym optymistycznym akcentem, życzę każdej gospodyni domowej:
- słonecznej soboty z temperaturą w plusie, by mogła - jak ja - spokojnie umyć okna;
- małych kolejek w Lidlu - może w sobotę o 7 rano będzie pusto?
- pustych parkingów w molochach handlowych - by łagodnie dopchać się do kas z ostatnimi prezentami
 i.... spokoju. Bo tylko on nas uratuje przed gorączka sobotniej nocy!
HOUK.




sobota, 3 grudnia 2016

GRONO AMBASADORÓW.



Jest taki portal - everydayme.
Znacie?
Dawno, dawno temu zalogowałam się na jego stronach, chcąc zostać testerką.
Wielkie zaskoczenie - dostałam się od razu to testowania past blend-a-med.
Paczka zawierała pełnowartościowy produkt dla mnie i 30 mini past dla moich przyjaciół, znajomych. Oprócz tego - ankiety: czy produkt fajny, czy spełnił oczekiwania itp.
Fajna akcja, choć informowanie na bieżąco co kto przetestował i czy zadowolony - troszkę męczące.

Dawno mnie nie było na tej stronie.
Któregoś dnia, raczej z nudów buszowania w sieci - weszłam, sprawdziłam, akurat zaczynał się kolejny projekt blend-a-med - tym razem whitening. Poklikałam i ?
Dostałam maila z potwierdzeniem przystąpienia do testów.
Tym razem dwa produkty pełnowartościowe dla mnie i bony zniżkowe do zakupu dla moich testerów.
Efekty? Nie oszukujmy się, po kilku dniach użytkowania nie oczekuje efektu wow...
Ale.
Pasta ma fajną konsystencję. Bardzo lubię gdy pasty są "ziarniste". Wtedy czuję, że coś tam ścieram z zębów.
Smak - pasta - tradycyjny. Accelerator, który należy użyć po paście - już bardziej medyczny. Ale do wytrzymania.
Przystępuję więc do testów, a o efekcie - przekonamy się "na dniach".



czwartek, 24 listopada 2016

MARZENA SZAFLIK. i TOSIA


Największą pamiątką dla rodziców są zdjęcia.
Dziecko na rękach, przytulone, śpiące, brudne. Tu golas- tam mała księżniczka.
Powroty do tych momentów, które są tylko uciekającą chwilą, ulotną jak liście na wietrze - najmilsze wspomnienia.
I nie dziwię się, że każdy odcinek rodzinki.pl zaczyna się od przeglądania albumów ze zdjęciami.
Choć jakiś czas temu powrócił bum na zdjęcia wywoływane, a nie tylko elektroniczne, dla mnie najfajniejszą przygodą są sesje.

Na drugie urodziny Tosia miała sesję w plenerze.
Urocze dwie godziny spaceru po lesie z panną modelką, co to wiedziała jak figlarnie położyć się na trawie, jak ułożyć ręce i jak oczarować panią fotograf.

 
W tym roku - mini sesja świąteczna u Marzeny Szaflik.
Marzena zaprosiła nas do swojego studia, gdzie w miłej atmosferze, przy herbacie, korzennych ciasteczkach Panna Tosia dokazywać chciała:
"A w tej pozycji mogę zdjęcie?", "A w tej sukience?", " A z tej strony będzie ok?"
Więc.... było ok! A nawet bardziej niż ok!

Poniżej moje ukradkowe zdjęcia

 
 




 

 A co dostajemy w cenie?
Poza atmosferą - pięknie opakowane dwa zdjęcia + płyta CD ze zdjęciami z sesji.
Dbałość o szczegóły, prosta i jednocześnie bardzo elegancka oprawa.
Marzena - było rewelacyjnie!


 
 














piątek, 18 listopada 2016

Jest robótka 2016!

Moi Drodzy!

Wzorem poprzedniego roku, chciałabym Was bardzo serdecznie zaprosić do projektu - http://jestrobotka.blogspot.com/

Mikołaj, święta tuż tuż.
Niektórzy biorą udział w szlachetnej paczce, inni wspierają Caritas.

A ja Wam proponuję - zobaczcie Damy i Kawalerów z Niegowa, którzy czekają na kartkę, dobre słowo, może jakiś mały podarunek.
I nie chodzi tu o prezenty za wielokrotność stówki.
Nie.
Zobaczcie, co może zdziałać REKSIO http://jestrobotka.blogspot.de/2016/01/dla-robotkowiczow-2015-od-dzieciakow.html (łzę wielokrotnie ocierałam).

Więc? Zachęć dziecię do przygotowania kartki.
Jak będzie? Napisz kilka słów od siebie.
Przyłączysz się? To nie wiele kosztuje - a jak dobrze wiemy - DOBRO WRACA!

Ja w tym roku chciałabym "przytulić" Irenkę z V Rodzinki oraz Marylkę z Rodzinki II.

czwartek, 17 listopada 2016

Czy ktoś tu w ogóle zagląda?

Druga połowa listopada.

W niedzielę, 13.11.2016, miało się zakończyć moje wyzwanie - mniejsze ubranie.
Zakończyło się znacznie szybciej z powodu grypy i wirusa jelitówki.
Przetrzepało nas dokładnie, ponad tydzień czasu walczyła Tosia, a ja z bólami żołądka jeszcze nie wygrałam.
Efekty? Chyba takie same jakie założyłam sobie przy wyzwaniu.
Waga spadła (efekt uboczny choroby) - czyli osiągnęłam to, co chciałam.

W międzyczasie udało nam się zrobić mini sesję fotograficzna Tosiakowi (osoby post już na dniach), przeczytać kilka fajnych książek, zaplanować jarmark świąteczny (w tym roku w Krakowie).

Ojjj, będzie się działo!
To co? Czy ktoś jest chętny na moje wypociny?

czwartek, 3 listopada 2016

Od początku.

Jestem słaba...
jestem bardzo słaba!
15 dni.
Tylko tyle udało mi się wytrzymać bez czekoladki, cukierka, ciastka...
1 i 2 listopada - poddałam się.
Od poniedziałku myślałam już obsesyjnie o czymś słodkim.
Choć obsesja to mało powiedziane...

Niestety - licznik wyzerowany.
Dziś - dzień pierwszy zmagania się z pokusami!
Ale jestem już w pracy, zaczynamy zwykły, tradycyjny rytm dnia, więc wierzę, że znów bez problemu uda mi się przynajmniej tyle samo wytrwać!

Houk

niedziela, 30 października 2016

Szczęśliwa trzynastka i półmetek.

Półmetek!
Króciutkie podsumowanie i spostrzeżenia:
- siedzenie w domu nie sprzyja trzymaniu się ustalonych godzin spożywania posiłków, robieniu ekstra jedzenia tylko dla siebie (wniosek: dobrze, że wracam do pracy);
- jak już minie tydzień bez cukierków, czekoladek i ciastek - da się żyć (chociaż najtrudniej jest zawsze po obiedzie);
- łatwo oszukać organizm (głowę?), która domaga się słodkiego - kawa dobra na wszystko! Tym sposobem dochodzę do czterech dziennie!
- nie wydaje mi się, żeby waga ruszyła w dół;
- plank - da się! Ale robienie dnia przerwy jest jak krok do tyłu (w jeden dzień robię 80 sekund, ale po dniu przerwy - ledwo 60!);
- nie będzie efektów bez fiku-miku.

To takie półmetkowe podsumowania.

Do mojej kuchni zaprosiłam... Nasiona CHIA!
Przeczytałam ostatnio u Kingi Paruzel ile to maleństwo ma wartości!
Namoczone w mleku kokosowym z odrobiną cukru (następnym razem i z tego frykasu zrezygnuję) czekają na konsumpcję.

Od jutra - trzeci tydzień!

piątek, 28 października 2016

# day 10 & # day 11 & # day 12 wyzwanie - mniejsze ubranie

Siedzenie w domu niszczy każdy plan.
Mimo, że słodycze nadal mam w odstawce, z dietą jako taką jest różnie.
Wczoraj na obiad - placki ziemniaczane... Dietetyczne jak się patrzy (bo koperek dodałam ;))!

Jednak najbardziej dumna jestem z planku:
# day 10:
rano 70 sekund
wieczorem - 80 (!!!) sekund
Ciekawi mnie tylko - czy da to jakiś efekt?
Jest tu ktoś, kto deskę praktykuje? Po jakim czasie jakieś efekty?
A ponieważ nie może być za dobrze, # day 11 - przerwa, # day 12 - tylko 60 sekund.
Przerwy i w tym wyzwaniu nie wychodzą mi na dobre.

Cóż, teraz drugi weekend.
O ile wiem, że z pokusami na słodkie sobie poradzę, o tyle z jedzeniem może być różnie.
I mam ochotę na szklankę Coli!
No, może pół!

Houk!

wtorek, 25 października 2016

# 9 day - Wyzwanie - mniejsze ubranie

Dziś sukces.

Plank: dwa razy po .... 70 sekund!
Niech moc będzie ze mną.

Siły regeneruję, słodyczy unikam.
Myślę, że jak przeziębienie pójdzie w cholerę to może Chodaka wyciągnę.. Może, nie obiecuję.

Chyba, że któraś z Was zna jakieś fajnie, nie nudne i nie trudne zestawy? Bo ja znam tylko Mel B i Ewę Ch.

HOUK.

poniedziałek, 24 października 2016

# 8 day - wyzwanie - mniejsze ubranie

Czas leci nieubłaganie.
Akurat tu Ewa Ch ma rację - miesiąc, rok przeminie, a mój wysiłek będzie wynagrodzony (wierzę w to!).

Grypa rozłożyła mnie na łopatki.
A dieta nie jest dobrym rozwiązaniem dla chorych.
Siedzę w domu, jak nie mam gorączki to chodzą za mną słodycze... tak bardzo!
Jednak gdy pomyślę, że już 7 dni za mną bez ciasteczek, cukierasków to szkoda mi zaczynać odliczanie od nowa.

Dziś posiłki były beznadziejne: bułeczka z szynką, jakaś mała porcja makaronu z sosem pomidorowym (bo sił na ekstra gotowanie nie mam) i tost na kolację.
Słodyczy udało się uniknąć.
Może jutro, jak leki zaczną działać, wszystko wróci do normy.

Plank:
od tego tygodnia wprowadzam zmiany: dwa razy w ciągu dnia, po tyle samo sekund.
Ponieważ w sobotę udało mi się wytrzymać już 60 sekund to jest to czas wyjściowy.
Ale choroba robi swoje.
Rano - 40 sekund, wieczorem - 55 sekund.
Jutro próbujemy znów.

I zacznę wrzucać ciekawsze przepisy ze zdjęciami.

# day 6 & # day 7 - wyzwanie - mniejsze ubranie.

Weekend za mną.
Ciężko było.

Sobota :
- posiłki były prawie zbilansowane. Prawie, ponieważ na obiad zjadłam McChickena. Grzech straszny, ale wybaczalny :)
Bułka była bez dodatków, do kolacji nic już nie zjadłam....
Były jeszcze lody - ale na spółkę z Tosią.
Tyle grzechów.
Plank - 60 sekund.

Niedziela:
- nawet obiad u Mamy był super! Gołąbki - udało się ograniczyć do połowy porcji.
Słodyczy zero.
Jest moc!
Plank - 0 sekund.
Powód - 38 st gorączki.
I pewnie dziś dostanę pierwsze L4 w nowej pracy...

Nadchodzący tydzień z grypą spędzę.
Najfajniejsze, że nadgonię zaległości w czytaniu.
Najgorsze, że pewnie gotować mi się nie będzie chciało...
Zobaczymy.
Trzymajcie kciuki!

piątek, 21 października 2016

# day 4 & # day 5 wyzwanie - mniejsze ubranie.

Pięć dni za mną.
Pięć szybkich dni.
Pięć dni ze zdrowym jedzeniem (choć dziś i wczoraj tylko kanapka na obiad).
# 4 Plank - przerwa.
# 5 Plank - 50 sekund!
Po tych 50 sekundach pierwszy raz - zmęczyłam się!

Jedzenie:
Grzechów nie było.
Choć... Jeden podwieczorek (czwartek), zamieniłam na 2 gałki lodów.
Po pierwsze - żeby się chciało "ładnie" wszystko prowadzić - trzeba mieć też małą przyjemność.
No i po drugie - wiedziałam, że tego dnia wszystko się rozejdzie czasowo - zebranie w przedszkolu, spotkanie, lekarz...
Czuję się rozgrzeszona.

Silna wola nadal jest.
Pokus brak, ale teraz dopiero będzie pod górkę!
Weekend przed nami.
A jak wiemy - weekend to brak ustalonych godzin posiłków (bo wstaję później i śniadania  nie muszę jeść o 7!), bo obiad nie zawsze jest o 13.... No i czas wolny, który generuje tysiące pokus...
Ok, weekend - nadchodzę! :)

środa, 19 października 2016

# day 3 Wyzwanie - mniejsze ubranie

Z każdej strony pokusy.
Z każdej czyha niebezpieczeństwo i silna wola wystawiona jest na sprawdzian.

Ale - mam ją!
Ma silną wolę!
Te chwile zaraz po obiedzie, gdy jedno czego pragnę to czekoladka.... Walczę jak się da.
Oszukuję pijąc kawę.
Walczę!

A dziś:
Z pięciu posiłków jakie spożyłam, chętnie podpowiem Wam fit obiad.
Sposób przygotowania mięsa - Pani Agnieszka :)

40 g kaszy jęczmiennej gotujemy jak zawsze.
100 g fileta z indyka kroimy na małe kawałki.
W słoiczku / pudełku / woreczku przygotowujemy 1 łyżkę octu balsamicznego + 1 ząbek czosnku + sól + pieprz.
W takiej marynacie moczymy kuraka (najlepiej zamknąć pudełko i trochę nim wstrząsnąć).
Na łyżce oliwy smażymy mięso, do tego dodaję kaszę i koperek (do smaku).
Podajemy z dowolną sałatką (u mnie sałata + pomidor + 1 łyżka kukurydzy).

Bardzo treściwe!

Ruch:
jak zawsze - za dużo rzeczy do zrobienia wieczorem.
Plank: 40 sekund.

Dzień trzeci - done!

wtorek, 18 października 2016

# day 2 # Wyzwanie - mniejsze ubranie

Jeszcze jest dobrze, jeszcze walczę ze smokiem...
Choć wszędzie czyha niebezpieczeństwo.
Kolega przyniósł ciasto do pracy.... ślinka poleciała - ale się powstrzymałam. Zwyciężyłam!

I i II śniadanie ok, obiad lekki w porcji 40 g kaszy - poszło gładko.
Poszukałam przepisy fit (Kinga Paruzel) na podwieczorek i kolację, zmniejszyłam ilość i:

1. Podwieczorek
1 jabłko
kubek jogurtu naturalnego + trochę mleka
1 jajko
1 łyżka brązowego cukru
1/2 łyżki oliwy
1 szklanka mąki pełnoziarnistej
szczypta soli

racuszki :)
Spałaszowane 3 sztuki z łyżeczką powideł śliwkowych.

2. Kolacja:
80 g łososia wędzonego
2-3 liście sałaty
20 g komosy
pestki dyni - prażone.

Sałatka z dobrym dresingiem gotowa. Pyszna!

No i przejdźmy do ulubionego tematu - ruch.

Plank - 40 sekund.
Drżenie mięśni spowitych tłuszczem przechodzi płynnie w lekkie napięcie tychże, ale dopiero po 15 sekundach.
Miała być jeszcze Ewa Ch. ale nie przesadzajmy.

Generalnie - dzień drugi uznany za udany
Trzymajcie dalej kciuki!

poniedziałek, 17 października 2016

# day 1 # Wyzwanie mniejsze ubranie

Pierwszy dzień jest najłatwiejszy.
Człowiek niesiony na skrzydłach nadziei, że jeszcze tylko xx dni i będzie piękny, zgrabny i szczęśliwy.
Może i będzie.
Ale nic łatwo nie przychodzi.

Wszystko poszło zgodnie z planem.
5 posiłków zgodnych z wytycznymi Pani Agnieszki.
I nawet czwarty i piąty się udał!

Plank - na dzień dobry 35 sekund.
Jest dobrze!

Popijając ostatnią kawę - mogę być z siebie dumna!

niedziela, 16 października 2016

Wyzwanie - mniejsze ubranie!

Wyzwanie - 28 dni rozsądku, wytrwałości, trzymania się wyznaczonych zasad.

Co dwa dni będę pisała o diecie, ruchu, czy udało się utrzymać, co stanowi problem i kiedy nadejdzie kryzys.

Przez 28 dni NIE będę się ważyła (robię to codziennie i codziennie się załamuję!).

Po tym czasie - mierzenie i ważenie!

Co się będzie działo:

1. to co najtrudniejsze:
zero cukru! Oczywiście tego najgorszego - słodyczy, słodkich trunków (choć za tym akurat nie przepadam - będzie łatwiej).

2. więcej wody!
akurat zimą nie jest to dla mnie oczywiste. Zimno, ciemno - wolę kawę, herbatkę.

3. jedz mądrze!
Przepisy Pani Agi są, królują.
Ale - największym problemem jest czwarty posiłek (muszę nad nim popracować) oraz weekendy (posiłki poza miastem, inny rytm dnia)

4. fiku-miku!!!!
no i tu będzie pole do popisu.
Nie ma co przesadzać z treningami 6 razy w tygodniu.
Spokojnie.
Czyli: 28 dni planka oraz.... 3 dni w tygodniu z domowymi ćwiczeniami (np.Ewa Ch, Mel B itp).

To co, ja startuję jutro, a TY?

piątek, 14 października 2016

Pięć razy.... i ciastka!

Piąty raz podchodzę do tego posta.
Pięć razy zmieniałam jego treść.
Pewnie dlatego, że żaden temat, który chciałam tu poruszyć, zostawić, nie był na tyle interesujący....

1. Może być o porządkach.
Porządki w życiu. Porządki w telefonie, na skrzynce mailowej czy FB.
Zrobiłam - i co z tego?
Ci co się nie odzywali i tak nie zauważyli tego, że ich "wyrzuciłam", a Ci co się kontaktują - to wiadomo - bez zmian.

2. Może być o zazdrości.
Zazdrość - ale tylko ta pozytywna.
Też i o tym chciałam pisać.
Nie zazdroszczę kasy, posady, funkcji.
Cichutko zazdroszczę odwagi (choć i sama odważna bywam - pracę zmieniłam po jednej rozmowie), zazdroszczę tak po matczynemu maleńkich dzieci (choć to temat na kiedy indziej).

3. Może być o wyzwaniu.
Wyzwanie - miesiąc deski (plank), miesiąc bez cukru, miesiąc z Chodakiem. Ale ileż można o dietach i odchudzaniu. Nudne.

4. Może być o książkach / filmach.
Książki czytają się szybciej lub wolniej.
Mam wszystkie te, które są kontynuacją moich ulubionych.
Seriale? Oglądam. Chirurdzy teraz rządzą.
O! I w kinie byłam. Na "Dziewczyna z pociągu".
Nie lubię tego rodzaju filmów.
Ale ten - polecam. Fajny, ciekawy, trzymający w napięciu (ale nie takim, że paznokcie obgryzam).

I żeby dobrze zakończyć ten szybki pościk.
Ciasteczka!!!
A wiadomo jak kochamy ciasteczka.
Ciasteczka owsiane, pyszne, idealnie słodkie, rewelacja dla dzieci do śniadaniówek.
Oczywiście, sama ich nie wymyśliłam, jedynie zmodyfikowałam.
Źródło: White Plate.

Przepis:
  • 1 i 2/3 szklanki mąki pszennej
  • 1,5 szklanki płatków owsianych (nie błyskawicznych)
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 200 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 2 małe jajka
  • nasiona wanilii z jednej laski
  • 2-3 łyżki kokosu (opcjonalnie)
  • garść rodzynek
  • 1-2 łyżki nasion sezamu
  • (można użyć wszelkie suszone owoce, czekoladę itp)

Wszystkie składniki połączyć razem (jeżeli dodajemy czekoladę - najpierw ją siekamy).
Formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego i spłaszczamy (ja za mało spłaszczałam i wyszły bardziej jak kokosanki niż ciastka owsiane w kawiarniach).
Pieczemy około 12 minut w 180 stopniach.




piątek, 23 września 2016

A mnie jest szkoda lata.....

 
... tak, tak - sentymentalnie się zrobiło.
Starczo wręcz.
I śmierdzi naftaliną.
A liście lecą z drzew....

Tradycją już stało się nasze pożegnanie lata w górach.
Czasem tylko jednodniowe - z obowiązkowym wjazdem (ojj to lenistwo!) na Czantorią, a czasem kilkudniowe, wspólnie z Dziadkami.
Ponieważ ten rok obfituje w wyjazdy Pana Taty, weekendy często rezerwujemy tylko dla siebie.
Połączyliśmy zatem Tosine urodziny z pożegnaniem lata.
Kierunek - Zwardoń.

1. Nocleg
W sumie to przez nocleg zmieniliśmy kierunek naszego jesiennego wypadu.
Miała być Jura, a wyszło jak wyszło.
Gdzie wyszło?
Dworek Szwajcaria.
Na plus:
- pokój!
Pokój był hitem.
Wielki, z dwoma dużymi oknami, z łożem małżeńskim, biurkiem, narożnikiem, stołem... a jeszcze pozostało wiele miejsca dla młodej do zabawy.
Sam dworek - widać, że już nie pierwszej nowości, ale właściciel zaczął w niego inwestować.
Ogród dla dzieci przygotowany bardzo dobrze.
Słowackie piwa w barze.
Na minus:
- jadalnia.
Miejsce ciemne, bure, ponure.
Jedzenie - średnie.
Ale cena adekwatna do jakości.

2. Góry
Ostrzegano mnie, że TAM nic nie ma.
Bardzo się cieszę - właśnie tak lubię najbardziej.
Oczywiście tydzień czy dwa nie wchodzi w rachubę. Ale 2-3 dni jak najbardziej.
Wyjazd w góry oznacza wyprawę na szlak.
Tosia zaprawiona w bojach jeszcze nie jest, ale kiedyś zacząć trzeba.
Wielka Racza.
Szaleństwem byłaby wędrówka aż ze Zwardonia - 6 godzin marszu w jedną stronę.
Ale z Rycerki Górnej już tylko 1,5 godziny!

  
Bardzo fajna trasa. I dla dzieci i dla dorosłych - choć podejść nie brakowało!
Szlak nie był przeładowany - gdy schodziliśmy koło 15-tej minął nas jeden pan i dwóch rowerzystów!
Cisza, pustka i jagody :)
W porównaniu z przeładowaną Wisłą, Ustroniem - cudnie!


3. Karczma Ochodzita.
Byliśmy tam drugi raz.
I ostatni.
Karczma słynie z pięknych widoków i pysznego jedzenia.
Nie. Tylko z widoków.
Jedzenie średnie.
Ale i na to przymknęłabym oko.
Kelnerzy - to była porażka.
Zamówiłam kawę i ciastko - dostałam tylko ciastko. Kawa zaginęła.
Tosia chciała pierogi - Pan szukał nas 15 minut...
I te dzikie tłumy....



środa, 14 września 2016

Kupa nieszczęścia...

Lubię gdy życie jest intensywne.
Oczywiście nie przez pełny miesiąc - bo wiek już swoje robi, szybko wykończyć się można.
Ale lubię mieć zaplanowane popołudnia, weekendy.
Gdy pozostawiam dzień bez organizacji - jedno jest pewne - przeleci jak każdy inny i nic z niego mieć nie będę.

Od początku miesiąca mamy same atrakcje!
Tosia skończyła 6 lat!
Były balony, prezenty i - najważniejsze - impreza dla koleżanek i kolegów!
Rodzina dopisała, przyjaciele również.
Małolata szczęśliwa.


 





Na dokładkę, na weekend zawitaliśmy do Zwardonia.
Koniec świata.
Cudowna cisza.
Brak przeładowań na szlaku.
Mniejsza komercja niż we Wiśle czy Ustroniu.
Cisza, spokój, sielanka.
(o Zwardoniu będzie osobny wpis.)

Pozytywnie naładowana wróciłam akurat na wypłaty, które działają na mnie coraz bardziej destrukcyjnie.
Czemu? Hmmm, może kiedyś napiszę o mojej pracy. Tej co była i tej co jest. Jeśli oczywiście temat jest ciekawy....

Więc zaczyna się destrukcyjnie. A od destrukcji do nieszczęścia już blisko.
Czym się objawia kupa nieszczęścia?!
Nieszczęściem wokół mnie....
Moja dobra koleżanka leży w szpitalu (wirusowe zapalenie opon mózgowych!), ojciec mojej koleżanki - dostał udaru w pracy (i nie zaliczą mu tego jako wypadek w pracy!), szykuje mi się dalszy wyjazd do bliskiej osoby - nowotwór, średnie rokowania.

Czy świat nie może zwolnić?
Wiem, że same dobre wieści też nie są ciekawe (przesłodzenie jest bleee!), ale tyle przykrych, złych wydarzeń w tak krótkim czasie - to jak dla mnie - za dużo.
Nie chcę tak!

Chcę by było dobrze - nie musi być cudownie, dobrze wystarczy.
Dlatego dziś jem niezdrowe rzeczy.
Dlatego obejrzę dziś "Me is Vicktoria Beckham" i będę się głośno śmiała.
Dlatego będę chodziła później spać - by czytać jeszcze więcej - bo czytanie sprawia mi radość.
I umyję okna by się zrelaksować ;)

czwartek, 1 września 2016

Zajęcia popołudniowe.

1 września.

Będąc dzieckiem, każdego roku ten dzień wyglądał identycznie:
z wielką radością biegłam na rozpoczęcie roku szkolnego (tak, dokładnie - z wielką radością, bo koleżanki, pachnące świeżością książki, zeszyty, materiały szkolne) i wieczorem - imieniny Babci.

Rodzice nie zapisywali mnie na tysiące zajęć dodatkowych.
I nie ważne, czy powodem były pieniądze czy coś innego (bo byłam taaaka mądra?!).
Przez pierwszy miesiąc szkoły, po powrocie do domu, najpierw biegłam na podwórko.
Zabawa, wymiana dziecięcych plotek...
Pod wieczór lekcje. I tyle!
Jeżeli potrzebowałam jakiegoś wsparcia w trakcie roku szkolengo - to głównie ograniczało się do lekcji językowych (noga byłam jak nic!).
Czy ktoś z Was, chodził na korepetycje?
Czy jak się czegoś nie umiało, to rodzice nie tłumaczyli?

Po kilku latach udzielania korepetycji widzę, że jest to głównie wymysł rodziców (oczywiście nie uogólniając).
Brak czasu, brak chęci do siedzenia z dzieckiem nad lekcjami rekompensują (sobie? dziecoom?) wieloma lekcjami dodatkowymi.
A dzieci są tak rozleniowione, że same nie chcę pracować.

Tosia jest w zerówce.
Z zajęć dodtakowych ma:

1. karate
tak, wiem... rozumiem wszystkie za i przeciw, ale...
Zajęcia są ogólnorozwojowe. Nie tłuką się przez całe 60 minut.
Pani Dorota, uczy ich przede wszystkim słuchania poleceń. Rozwija ich ruchowo.
A Tośka ma ogromną frajdę z ćwiczeń w kimonie.

2. angielski
niech ma w tym temacie dobry start.
Chciałabym, jak już będzie umiała pisać i czytać zapisać ją na drugi, inny jezyk obcy.
Jednak najważniejsza jest równowaga i to czego ona będzie chciała!

3. basen
tu mamy pole do popisu.
Po jej wakacyjnych wariacjach z maską i fajką - kurs pływania obowiązkowy na liście!
Dodatkowo wierzę, że trochę się uodporni na wirusy, wyprostuje postawę i wzmocni wszystko to co jest do wzmocnienia.

I wystarczy!

Uważam, że 3 dni w tygodniu z zajęciami dodatkowymi to i tak jak dla sześciolatka wystarczająco.
Nie rozumiem matek, które zapewniaja dziecku zajęcia popołudniowe od poniedziąłku do piątku.
To kiedy dzieci mają mieć czas na zabawę, czy zwykłe, dziecięce nudy?
A mówi się, że to szkoła zabiera dzieciństwo...
Nie - to my, rodzice!

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Noworoczne postanowienia.

Nowy rok - szkolno-przedszkolny - tuż, tuż...

A jak nowy rok to i postanowienia!

Wszelkie postanowienia każda z nas robi z nowym rokiem kalendarzowym.
A ja - z nowym rokiem szkolnym!
Po co czekać do stycznia :)
Postanowień za dużo nie będzie, bo im więcej tym trudniej wytrwać.

1. JĘZYKI OBCE.

Zmiana miejsca pracy spowodowała zmianę podejścia do inwestowania w siebie.
W poprzedniej firmie niby język obcy był wymagany, jednak nigdy nie wykorzystywany (w moim przypadku).
No i mobilizowana byłam przez niektórych w dość wyrafinowany sposób: "W tym wieku to już się nie nauczysz!"
Nie?! Zobaczymy!

Nowe miejsce wymaga ode mnie przełamania barier w kontaktach biznesowych.
O ile angielski w kontekście biznesowym nie jest wielkim wyzwaniem(ale jest!) - o tyle niemiecki już tak :)
Dwie godziny zajęć w tygodniu (na całe szczęście w godzinach pracy!) to nie lada wyzwanie dla każdej matki.
I nie mam na myśli tylko nauki.
Nie mniej mam zamiar dobrze się wkręcić i udowodnić - przede wszystkim sobie! - że wiek do nauki języków ma się nijak!

2. I ZNÓW WAGA...

Dokładnie rok temu zaczęłam moją przygodę z Panią Agnieszką.
Fajna przygoda, która wiele mnie nauczyła.
Pokora i wytrwałość to główne cechy, które muszą mi towarzyszyć każdego dnia.
W ciągu kilku miesięcy udało mi się ładnie schudnąć, a później przyszło lato i wszystko poszło z dymem (choć tu inne określenie lepiej by pasowało :) ).
Lody, grillowe imprezy, drinki, mohito (aaa!), musaka spowodowały wzrost tego, co z wielkim trudem się utraciło.
No i dojazdy.
Do końca maja korzystałam głównie z komunikacji miejskiej.
Czyli jak łatwo się domyślić - często szłam piechotą.
A teraz?
Dojazdy samochodem to dodatkowe 2 kg na plusie.
I co ja mam zrobić?
Powrót do moich książek z rozpiskami obowiązkowy!
PS: już nie jest tak ciężko jak rok temu!


Noworocznych postanowień - wystarczy.
Biorąc pod uwagę ile jeszcze będę miała obowiązków domowo-zawodowych, zdecydowanie wystarczy!
Bo przecież trzeba mieć jeszcze czas na drobne przyjemności...

środa, 24 sierpnia 2016

KOLEŻANKA

Od kilku lat nie używam słowa przyjaciółka.
Mam bliższe i dalsze koleżanki.
Bliższe - to te, którym mogę się zwierzyć z każdego problemu, obgadać męża jak mnie wkurzy czy poplotkować o kolorach torebek :)
A dalsze... Cóż, niby są, ale tak jak by ich nie było.

Dlaczego przyjaciółka nie króluje w moim słowniku?
A no dlatego, że zdarzyło się kilka razy rozczarować.
O ile rozczarowanie w szkole średniej spowodowane było facetem - matko, co za bzdura! - o tyle kolejne rany były/są już dużo głębsze.

A ja mam "złe" nastawienie.
Bo jak się przyjaźnię, to na 110 procent.
Jestem na każde skinienie, zawsze pomogę, ale chciałabym oczekiwać tego samego.
Dlatego wychamowałam.
Nie warto zawsze i dla każdego się poświęcać.
W szczególności dla tych, którzy to mają w nosie.

Dawno temu miałam przyjaciółkę.
Taką na każdą pogodę, na każdy problem, na każde wakacje.
Spędzałyśmy razem wiele czasu, mimo, że dzieliło nas "kilka" kilometrów.
Najfajniejsze w tej całej znajomości było to, że pisałyśmy do siebie listy!
Tak młodzieży - listy.
Przyniesione przez listonosza.
Ze znaczkiem.
W kopercie, którą starannie wybierało się w sklepie papierniczym.
Taki relikt przeszłości.

Cóż - znajomość skończyła się po kilkunastu latach.
I w sumie dobrze, że się tak stało - bo jeżeli mamy robić cos na siłę - odpuśćmy.

Tego odpuszczania musze się jeszcze uczyć...


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

A miało mnie tu już nie być....

Koszyk miał być zamknięty.
Zdecydowanie.
Definitywnie.


Życie nabiera takiego tempa, że nie mam sił na pisanie.
Sił. Chęci. Tematów.

Lato. W sumie to już jesień.
Wakacje stały się mglistym wspomnieniem.
Jedyne, co pozostało, to wywołanie zdjęć by było czym się napawać jak przyjdzie pora deszczowa.
Dobija mnie, że o 20:15 robi się już ciemno.
I choć lubię jesień - bo zawsze w góry jedziemy, a ja kocham Beskidy - to jakoś mi smutno.
Długie pół roku czekam na ciepłe wieczory, długie dni, wysyp owoców.

Ciepłych wieczorów nie odnotowałam.
Na Meganisi były upalne.
A w Polsce - może za mało wychodziłam wieczorami?!

Szykujemy się na wrzesień.
Urodziny Tosi.
To już 6 lat...
I co kupić w prezencie?
Urodziny będą dla najbliższych.
I obowiązkowo dla koleżanek. Ale też Piotrka i Kubę musimy zaprosić :)
Szaleństwo!

To co, zaczynamy?

piątek, 15 lipca 2016

14 lipca 2016 Porto Katsiki, Kefalonia, Itaka


Wstawanie w wakacje o 6 rano to zbrodnia!
W szczególności, że na Meganisi czas jest przesunięty o godzinę do przodu w porównaniu z Polską.


Wypłynęliśmy z portu w Nidri - wielkim statkiem na 400 osób. 
I to już mi się nie spodobało.
Dzikie tłumy, brak miejsca...
Ale nie zniechęcajmy się na samym początku!

Popłynęliśmy na najbardziej obfotografowaną plażę Lefkady - Porto Katsiki. 
Czas na kąpiel i opalanie na plaży Egremnia.
Piękne widoki. 
Plaże jak z bajki. 
Wielkie klify, złote drobne kamyczki i woda mieniąca się kilkoma odcieniami turkusu...
Gdybym tylko lepiej pływała.... 
A ja nawet bałam się zejść tymi idiotycznymi schodami ze statku!



Kolejny postój - Kefalonia.
Godzina na zjedzenie i zobaczenie portu Fiskardo oraz kupienie jakichś pamiątek to zdecydowanie za mało!
Wiem jedno - Kefalonia jest przepiękna! Może w przyszłym roku?!



Płyniemy dalej - kolejna plaża to Afales na Itace. 
Nawet Grześ z Tosią już nie zeszli.
Zmęczenie zaczęło dawać się we znaki.

A przed nami jeszcze jaskinia Papanikolis. 
Niestety - nasz statek nie był w stanie wpłynąć do niej.
Z jaskini rzut beretem do opłynięcia Skorpios, krótka historia Arystotelesa Onassisa i powrót do Nidri.

Może, gdybym lepiej pływała... Może gdyby nie był to statek - moloch...
Może...
Średnie to było.

Za mało czasu jak dla mnie na Kefalonii.  
Ikatę też chętnie bym zobaczyła.
Ale to moje spostrzeżenia.
Generalnie - wycieczkę organizuje port w Nidri, 20 euro od osoby dorosłej.
Czy warto? Tak. Bo na wiele plaż w okolicy nie dostaniemy się inaczej niż statkiem.

A widoki są przepiękne...










wtorek, 12 lipca 2016

10 i 12 lipca - Ag Ioanis


Cała wyspa Meganisi to trzy wioski - Spartochori,  Katomeri i Vathi.
Nasz hotel, jedyny na całej wyspie, znajduje się ok. 1 km od Spartochori.
Wioska - jest przepiękna. Mamy aż trzy markety, jeden bardzo dobrze zaopatrzony w pamiątki sklepik, najbardziej znaną tawernę Lakis (polecam filmiki na Youtube), kawiarnię, pizzerię (kto na to pozwolił?!) i port.
Port jest cudny.
Tam też mamy jeden sklepik i jedną knajpkę, z której głównie korzystają żeglarze.
I to wszystko.
Nie.
Jest jeszcze to co najważniejsze - plaże.


Bus hotelowy zawozi chętnych za darmo na plażę przy porcie (Spilia).
Za 3 euro od osoby (w obie strony) podwiezie nas do plaży Ag. Ioanis.
A za 5 euro - na plażę Fanari.
A jeśli nie boimy się łazić dość ostro pod górę i jeszcze bardziej stromo z góry - znajdziemy wiele dzikich, małych zatoczek i plaż.
Ag. Ioanis.
Byliśmy już dwa razy.
Świetne miejsce ze średnim zagospodarowaniem.
Nie można liczyć tam na leżaki (przydaje się własna mata, ręczniki), ale za to można bardzo dobrze zjeść.
Sałatka grecka - 6 euro, frape, ouzo - 2 euro, musaka - 8,5 euro.