poniedziałek, 7 grudnia 2015

Jadzikiem strzelam na prawo i lewo....

Trochę sobie odpuściłam.
Nie pojawiam się tu, nie piszę.
Bo o czym?
Zanudzać tym co na każdym innym blogu można przeczytać?

- Jak przyrządzić swój własny kalendarz adwentowy
Nie mam zdolności manualnych, nieograniczonej wyobraźni, tony "przyda się " w szufladach.
Nie.
Nie robię nic takiego.
Owszem, ładne, pomysłowe. Ale nie mam czasu.
Za to kupiłam gotowy wieniec - i też jest ładny!

- Jak zapakować prezenty,
Normalnie. Im prościej tym lepiej.
Jestem fanką efektownego darcia papieru, w związku z tym: szary papier + czerwona wstążka wystarczy. Nie  potrzeba o tym elaboratów pisać.

- Co kupić niemowlakowi, chłopcu czy dziewczynce.
Nasze czasy raczej obfitują w produkty na półce.
Równowaga (nie tylko same zabawki), zasobność portfela (tym razem stanowcze NIE formie zastaw się a postaw się) oraz zdrowy rozsądek.

- Jak sprzątać dom przed świętami / jak po świętach.
Jak? Jak co tydzień.
Nie doktoryzujemy się (to do mojego Małżonka).
Święta bez umytych okien i tak się odbędą (chociaż to akurat robić lubię :)), a Jezuskowi raczej obojętne, czy pod kanapą jest kurz, czy pół dnia zmarnowałam na odsuwanie mebli.
Po takiej harówce będę bardziej zmęczona i zgryźliwa niż to wszystko warte.

- Co kiedy kupić, a co odpuścić.
Jak już wcześniej wspomniałam - co komu do tego.
Jedyne do czego przywiązuję dużą uwagę to fakt, by nie kupować za dużo jedzenia.
Sklepy nie będą pół miesiąca zamknięte, a jak mi chleba zabraknie - upiekę sobie.

Spokój.
Tylko to mnie uratuje.
I pyszny napar.
Garść świeżego tymianku + łyżka miodu + plaster pomarańczy + plaster cytryny

zalej wrzątkiem, przykryj do zaparzenia na 5 minut.
I rozkoszuj się :)
(ponoć działa też na odporność!).


wtorek, 24 listopada 2015

Ukulturalnianie.


Listopad.
Miesiąc bogaty w wydarzenia.
Po zaliczeniu kilku premier w kinie, przyszedł czas na długo oczekiwaną  Galę Straussa.
Bilety czekały pół roku .
A ja cierpliwie liczyłam dni.

Oczywiście nie mogło obyć się bez komplikacji.
Pan Mąż nie mógł szybciej wrócić z pracy, jechaliśmy na ostatnia chwilę, parkingi przy Domu Muzyki i Tańca zajęte, teren w koło również (Górnik akurat grał).
Z wywieszonym językiem wpadliśmy na salę z trzecim dzwonkiem.

Podczas uwertury wyrównałam oddech, otarłam pot z czoła i czekałam na to co najlepsze.
A tu niespodzianka.
Pierwsza aria, z "Wiedeńskiej krwi", po niemiecku.
Już widziałam błysk zemsty w oczach Małża, już poczułam smak porażki i nudy przez najbliższe dwie godziny....
Nic bardziej mylnego!
Wróciliśmy do języka ojczystego - i to nie Straussa.
Piękne widowisko!
Piękna muzyka.
I jak zawsze, na sam koniec, sztuczne ognie i wybuchy radości w postaci Marsza Radetzkiego.
Można było się poczuć jak na Koncercie Noworocznym w Wiedniu.

Do pełni szczęścia chciałam jeszcze dorzucić katowicką NOSPRę i koncert Radzimira.
Zdawałam sobie sprawę, że jego popularność jest ogromna.
Ale to co się wydarzyło w zeszły piątek przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
O 10 rano miała się zacząć sprzedaż biletów.
O 9:40 nie udało mi się już wbić na stronę.
O 10:30 sprzedaż była już zakończona.
Na 1.700 biletów polowało ... 120.000 ludzi.
Cóż.
Pozostaje wersja na DVD.




czwartek, 19 listopada 2015

"Pierwsza na liście" Magdalena Witkiewicz

To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Witkiewicz.
Za pierwszym razem książka mi nie siadła.
Ale po kilku miesiącach....

"Pierwsza na liście" porusza dość istotny problem - bycia świadomym dawcą szpiku kostnego.
Jesteś zarejestrowany?
Ja jestem.
Ale czy ma to znaczenie?
Lepiej się chwalić, czy nie?
Czy jeśli znajdzie się Twój bliźniak genetyczny - nie stchórzysz?

Historie głównych bohaterek - Iny, Karoliny, Róży i Grażyny - pięknie się splatają.
Łączą w trudnych chwilach.


Bo dla jednego ciężkim przeżyciem będzie zdrada najbliższej osoby, a dla kogoś innego - białaczka.
Jedni załamią się pod wpływem śmierci najbliższej osoby, ale powstaną na wskutek poznania kogoś, kto na co dzień pracuje ze śmiertelnie chorymi.

Magda Witkiewicz - pisarka topowa, bardzo na czasie, uwielbiana przez moją Księgarenkę Martę, pokazała nieznany mi fakt bycia świadomym dawcą szpiku.
Gdy już się podejmiemy tego wyzwania, nie możemy się wycofać.
Bo szpik biorcy jest niszczony. Pacjent traci całkowicie odporność.
A wtedy nasze wycofanie się z podjętej decyzji - zabije człowieka.

Bycie dawcą nie boli.
Tylko brak świadomości może zabić.





poniedziałek, 16 listopada 2015

Robótka 2015!



Usłyszałam przypadkiem... I nieprzypadkowo musze się z Wami podzielić.
Jest to świetna inicjatywa, w szczególności zaangażujmy nasze dzieci!

My z Tosią decydujemy się na Wiktorię i Urszulę. I może jeszcze kogoś....
Do dzieła Mikołajkowie!!!!











❆❆❆ Otóż, jest Robótka. ❆❆❆

W Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci w Niegowie mieszka bardzo charakterna gromadka niepełnosprawnych intelektualnie (czasem też fizycznie) dziewczyn i chłopaków. Przekrój wiekowy tej wesołej kompanii jest bardzo duży, od Maleńtasów przez Starszaków do Emerytów. Wielu z tych mieszkańców nigdy nie miało prawdziwej rodziny, niektórzy swoje rodziny już stracili. Dom w Niegowie jest ich przystanią. Tam, za ogrodzeniem, przy szosie na Ostrołękę, spędzą całe swoje życie. 

Ten niegowski dom to wyjątkowe, dobre i piękne miejsce z Opiekunami, którzy próbują ściągać gwiazdki z nieba i tego nieba przychylać. Jednak, choćby nie wiadomo jak się starali, sami nie zaspokoją rozpaczliwej tęsknoty Dzieciaków-Starszaków za byciem zauważonym, docenionym, wyłuskanym z tłumu, zaakceptowanym przez nas mieszkających po "drugiej stronie ogrodzenia". 

Ta tęsknota doskwiera najbardziej w okolicach świąt Bożego Narodzenia. Nosy przylepione do szyby, nerwowe dreptanie po korytarzach, kto dostanie list, do kogo zadzwonią, czy ktoś pojedzie na święta do domu? Oczekiwanie wisi w powietrzu tak gęste, że można je kroić nożem w grube pajdy i jeszcze grubiej smarować rozczarowaniem.

Dlatego Robótka.
Dlatego po raz szósty.
Na przekór rozczarowaniom, smutkom, odtrąceniu, nieakceptowaniu.
Po to, by każdy z Niegowiaków poczuł, że komuś na nim zależy.

❆❆❆ Co i jak?
Prosimy, zajrzyjcie do opisów Naszych Dam i Kawalerów (TU i TU).
Wyłuskajcie sobie konkretnego Ulubieńca.
Pomyślcie o nim ciepło.Wyobraźcie sobie, że to dla niego stawiacie ten dodatkowy talerz na wigilijnym stole. A potem chwyćcie za kartkę i długopis i napiszcie Ulubieńcowi coś od serca.
Otulcie go dobrym słowem, jak najcieplejszym, wełnianym szalikiem. Niech się roztopią sople rozgoryczenia i smutku. Niech choć przez moment Wasz Ulubieniec poczuje się najważniejszy na świecie, jedyny, wybrany i dowartościowany.

Jak zwykle, nie stawiamy żadnych granic Waszej fantazji. Kartki można przecież "pisać" na rozmaite sposoby. Można odręcznie, długopisem, inkaustem, tęczową kredką. Można malować, nagrywać, haftować, układać z choinkowych gałązek, dziergać na drutach, heklować na szydełkach, upiec z piernikowego ciasta. Można samemu, można gromadnie całą klasą, hufcem, fabryką. Można z Polski, ze świata, z najdalszych zakątków galaktyki. Można zwykłym, można priorytetem. Grunt, żeby pisać sercem.

❆❆❆ Co roku pada pytanie, czy można obdarowywać Niegowiaków świątecznym prezentem?
Można, jasne, że można. W tym celu starałyśmy się stworzyć w miarę szczegółowe opisy zainteresowań poszczególnych Dzieciaków-Starszaków. Ale prosimy, nie zapomnijcie o dobrym słowie dołączonym do paczki. To ono jest istotą, sednem i sensem tej Robótki. 

❆❆❆ To ważne!
Nie pomylcie nas z "charytatywną zbiórką na rzecz". O jedzenie, czystą pościel, czy ciepłe gatki zatroszczą się Opiekunowie. Dzieciakom-Starszakom potrzeba Waszych ciepłych słów, Waszej uwagi, Waszego zainteresowania!

❆❆❆ Co będziecie z tego mieć?
To wymiana barterowa! Wy im kartkę lub list, oni huraganową wdzięczność i radość, trwałe miejsce w ich wieczornych pacierzach. Wasze kartki zamieszkają w szufladkach nocnych stolików, wsuną się pod poduszki, wcisną w kartki albumów ze zdjęciami. Dla kogoś będą skarbem!

To, co?
Słuchajcie.


Jest Robótka...

I oby i tym razem dało radę, bo oni tam czekają.
Jak nikt na świecie.

❆❆❆ Szczególiki ❆❆❆


OFICJALNY ADRES: Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci w Niegowie
Rodzinka...
dla...
Wierzbowa 4
07-230 ZABRODZIE
 
 
 
 

piątek, 13 listopada 2015

Premiera goni premierę.

Listopad jest pod znakiem premier.
W zeszły piątek - Bond.
Wczoraj - "Listy do M.2".


 Za tydzień - coś na co czekam pół roku!

Wczoraj w ramach Kina Na Obcasach można było obejrzeć kontynuację "Listów do M".
Czy było fajnie?
Pod względem ilości pań - dorównała ilość z premiery Bonda.
Nie lubię takich tłumów!
A film?

Cóż.
Pierwsza część to tak 80% : 20% komedii do obyczajowego.
A druga, według mnie 65% : 35%.

Główni bohaterowie:

1. Mikołaj i Doris - po czterech latach - zaręczyli się! Oczywiście tylko dzięki Kostkowi.
2. Mel, Betty i ... Karol! W przypadku tej trójki mówimy o komedii. Ale gdy dołączy do nich czteroletni Kazik - widzimy klęskę faceta, który nie dorósł do roli ojca....


3. Karina i Szczepan - bez zmian. A może ze zmianą?

 
4. Wojciech i Małgorzata (piękna Agnieszka Wagner!) - łzę uroniła nie jedna babka!


Wśród tych czterech par pojawiają się i dwie nowe.
W końcu Kożuchowska nie jest pańcią! W końcu nie nosi ciuchów od Prady!
Wiadomo - jest Karolak - "psia dupa" - jest i matka Boska Kożuchowska.
I to z nim połączą ją wydarzenia.

Dodatkowo poznajemy Redo (Maciek Zakościelny z siwym włosem na skroni), Monikę (Martę Żm.Trzebiatowską - koszmarny przedziałek!) i Magdę (Magdalena Lamparska) z owieczką.
Oni są tłem dla wątku Małgorzaty i Antosi (niby akcja się dzieje cztery lata później, a Wróblewska wygląda jakby 10 minęło!).

Nie chcę opowiadać całego filmu.
Nie chcę zdradzać szczegółów.
Ci, którym przypadła do gustu pierwsza część i z tej będą zadowoleni.
Choć druga strona świąt - dla ludzi samotnych, dla rozbitych rodzin czy ciężko chorych - to nie jest komedia. To nie jest psia dupa....


wtorek, 10 listopada 2015

Piątek. Randka.

Kiedy to było?
Hmmm, z pewnością z sześć lat temu....

Chodziliśmy wieczorami do kina, na Rynek, na różnego rodzaju imprezy.
Później przyszła kolej na dom, pracę zawodową, dziecko.
Nie, żeby nas to wszystko ograniczało...
Nie mniej jak po całym tygodniu ledwo żyję to nie w głowie mi harce do wczesnych godzin porannych.
Mój najfajniejszy budzik nie uznaje przestawienia na weekend.

Ale - w piątek się udało.
Poprosiłam Asię (jeszcze raz :* - dzięki!) i wyszliśmy z Panem Małżem jak za dawnych lat...
No może nie tak do końca, bo gdzieś w głowie zawsze siedzi myśł "Śpi już?", "Nie rozrabia?" itp.
Ale było miło :)
Cel: Craig.
Jak randka to tylko z "Double O".

Wstyd się przyznać, ale był to pierwszy Bond, którego obejrzałam od początku do końca.
Craig - bez zastrzeżeń (choć najfajniejszym był Sean).
Monica B - liczyłam na coś więcej.
Generalnie - mogłabym mieć takiego Astona DB10 pod oknem :) W ilu miejscach byłabym szybciej!

czwartek, 5 listopada 2015

Listopad.

Nie wiem kiedy minął mi ostatni miesiąc.
Mało aktywna byłam w moim koszyku, oj mało.
Ogólnie - wszędzie mało aktywna byłam.
Z książkami średnio (męczę drugi raz Różany, w sumie nie wiem po co), z gotowaniem również (jak zmieniam nawyki żywieniowe to po co będę się wysilała z innymi, ciekawymi przepisami).
Bieganie umarło śmiercią naturalną.
Ciemno, zimno.
Nic tylko leżeć i leniuchować.

Ale kiedyś musi nadejść koniec marazmu.
Wracam.
Organizuję się z językami, z Tosi zajęciami, z postanowieniami.
Biegać nie będę - zbyt szybko ciemno.
Dieta - kwitnąco.
Efekty bardzo małymi krokami, ale są.
Kilka spodni już odłożyłam, polubiłam się od nowa z rzeczami, które były zbyt obcisłe lub za małe.



Poniżej przykład mojego drugiego śniadania:
kiwi + ogórek + awokado + jogurt naturalny + otręby owsiane.
Dobre :)






środa, 21 października 2015

Domowa nutella.

I nastała pora dżdżysta.
Nie lubię, zdecydowanie nie lubię.
Wraz ze zmianą pogody, moja dieta zaczęła mi nie wystarczać.
Ciągle mam ochotę a to na coś słodkiego, a to na dodatkową kromkę chleba.

Ale i na to Pani Agnieszka znalazła sposób. Domowa nutella!




Skład:
- 30 g awokado
- 100-150 g banana
1 łyżeczka gorzkiego kakao
1 łyżeczka miodu lub syropu klonowego










Miksujemy i... nie jest to orzechowy oryginał, ale smakuje równie dobrze z grzankami!

wtorek, 13 października 2015

U Wielickich. Szczyrk.


Pensjonat u Wielickich poleciła mi przyjaciółka.
Można go też znaleźć na portalu dzieciochatki.pl

Co ich wyróżnia na tle wielu miejsc noclegowych w Beskidach?
Przede wszystkim dbanie o szczegóły.
Otrzymaliśmy apartament PAPRYKA.


Dwie sypialnie, salon, kuchnia w pełni wyposażona i łazienka. I dwa balkony!
Standard, ktoś powie.
Owszem, standard.
Ale...
Ważne jest, co właściciel oferuje w takim apartamencie.


Poza pięknym wykończeniem (zamszowa tapeta na jednej ze ścian, ogrzewanie podłogowe w kuchni, ładna pościel w łóżeczku dziecięcym czy zmywarka w kuchni) liczy się jeszcze całość.
A uwierzcie - pensjonat jest na wysokim poziomie.

































Na ogólnodostępnym parterze znajdziemy pokój do zabaw dla najmłodszych z grami, zabawkami, stolikami do rysowania, TV, bajkami).
Dla starszych - piłkarzyki.
Do pokoju dla dzieci przylega salon z kominkiem, miejscem do śniadań (jeśli ktoś wybierze pokój, może dodatkowo wykupić śniadania), kinem domowym i tarasem.
Do dyspozycji gości jest też pomieszczenie na wózki czy narty.



























Sama Właścicielka nie jest nachalna, nie narzuca się.
Na dobrą sprawę - nie pozostaje w pensjonacie.































A w koło domu? Poza terenem zielonym z idealnie przystrzyżoną trawą jest zjeżdżalnia, trampolina i wiata z kamiennym grillem (oczywiście drzewo, kijki czy inne łapki - dostępne).





























Usytuowanie - około 2 km od centrum Szczyrku.
Dość ostry podjazd (wyjeżdżając, zawsze zastanawiałam się, co by było gdyby akurat ktoś chciał wjechać, a droga jest tylko na jedno auto).



Z czystym sumieniem mogę polecić to miejsce.
Wysoki standard, świetne warunki.
Myślę, że jeszcze tam wrócimy :)






piątek, 9 października 2015

Ostatni taki weekend?

Było pięknie!
Pogoda dopisała na całego, podobnie jak lokum i towarzystwo :)
W zeszły czwartek wybrałam się z Rodzicami i Tosią do Szczyrku na ładowanie baterii.
Czy to był ostatni tak piękny i ciepły weekend tego roku? Mam nadzieję, że nie!

Czwartek wieczór przeznaczony był na ogólne rozeznanie terenu.
Ale o Wielickich będzie osobny post.

W piątek, po odczekaniu aż przymrozki odpuszczą - kierunek Klimczok.





Wjechaliśmy na Szyndzielnię, a później już tylko kontakt z przyrodą.




Pogoda była przepiękna. Ciepło, ładnie. Tylko spacerować!

To nic, że tuż przed szczytem rozładował mi się telefon.
Na Klimczok jeszcze wrócę! Najpiękniejszy widok Beskidów!
































Spacer był rewelacyjny.
Najbardziej zachwyciło mnie schronisko na Szyndzielni.
1897 rok powstania! Piękne!

Wracając wstąpiliśmy na ciepły posiłek, który, ku mojemu zaskoczeniu - był przepyszny!


Sobota. Równie piękna, ale baaardzo wietrzna.
Góra Żar.
Osoby towarzyszące nie wyraziły chęci wchodzenia, jednak udało mi się namówić je na schodzenie (choć wydaje mi się, że schodzić jest gorzej!).


Szybowce i paralotnie - symbol Góry Żar!
 Coś czuję, że z wielką radością zamienię Ustroń i Wisłę na Szczyrk i okolice.


środa, 7 października 2015

Różany - kontynuacja, a raczej uzupełnienie.

Jakiś czas temu zafascynowana byłam dwoma powieściami Bogny Ziembickiej: "Droga do Różan" i "Wiosna w Różanach".
W powieść pięknie wpleciona była historia niani głównej bohaterki, Zosi Boruckiej - Zuzanny.
Z wielką nadzieją sięgnęłam więc po kontynuację (która chyba powinna być początkiem?) "Tylko dzięki miłości" oraz "Bądź przy mnie".


 "Tylko dzięki miłości" przedstawia historię młodziutkiej Zuzanny, która traci rodziców i siostrę w wypadku, a sama zostaje podopieczną swojej babci Jadwigi.
Lekiem na całe zło są dla Zuzanny wyjazdy do podkrakowskiego dworku w Różanach. Mieszka w nim Hanka - przyjaciółka Zuzanny, z małym Stasiem i wielka miłość Zuzanny - Piotr, mąż Hanki.
Poza codziennymi troskami nastolatki, Zuzanna dojrzewa na kartach książki. Staje się młodą, atrakcyjną kobietą, która z nadzieją patrzy na każdy nowy dzień.
Forma książki - fragmenty pamiętników na zmianę pisane przez Zuzannę i Joachima - Niemca, który pokochał Zazulkę od pierwszego wejrzenia prawdziwą, czystą miłością, nie do końca trafiła w mój gust.
Często miałam wrażenie, że jedna postać nie dokończyła wątku, a druga już była kilka miesięcy do przodu. Gubiłam się.
Nie mniej - książkę przeczytałam jednym tchem.


I szybko sięgnęłam po kontynuację - "Bądź przy mnie".
Początek - fatalny. Duża część to opis przedostawania się Joachima z afrykańskiej plantacji kawy (która zostaje kolonią angielską) do Europy.
Ale... wszystko zrobiło na mnie jednak duże wrażenie. Sienkiewicz mógłby się uczyć od Pani Ziembickiej (bo sienkiewiczowskie opisy były próbą dla każdego licealisty!).
Wojna to nie jest dobry czas na miłość. A już na miłość Polki i Niemca w szczególności.
Bardzo dobrze ujęta jest sytuacja przegranych - nie tylko my, Polacy, cierpieliśmy. Wojna nie patrzy na pochodzenie. Dziś wygrywasz - jutro już się nie liczysz.
Joachim w brutalny sposób doświadczył, jak wielkie znaczenie ma pochodzenie.
Niestety, książka nie kończy się happy endem.
Mimo, że kocha się tylko raz (ekhmmm, naprawdę?!), Zuzanna odsuwa się w cień, nie chce stać na drodze do szczęścia Joachima.
A on? Targany emocjami nie potrafi poradzić sobie z codziennością.
W końcu decyduje się na powrót do Afryki....

Te dwie książki nie są kontynuacją Różan, są z pewnością ich uzupełnieniem.
Nie mniej - teraz muszę od nowa przeczytać oba tomy Różan, by w całość połączyć historię zarówno Zuzanny, Stasia (już Stanisława, ojca Zosi) i samej głównej bohaterki.
W skali od 1 do 5 - 4,5.



wtorek, 29 września 2015

Praktykant.

Każdy dzień zaczyna się pośpiechem.
Bo muszę wyskoczyć po jarzyny na targ.
Bo muszę umyć włosy.
Bo muszę zrobić śniadanie, drugie śniadanie, obiad.
Bo muszę szybko ogarnąć dziecko.
Bo szybko musimy dziś wyjść.
Świecie, proszę. ZWOLNIJMY.
(Jedyne zwolnienie jakie znam to z pracy :)

Po całym dniu gonitwy, wieczorem zasłużony relaks.
Kolejne babskie kino.
Szłam ot tak, bez entuzjazmu.
Pomijając oczywiście fakt, że tak dawno nic nie wygrałam....

Jak miło zaskoczył mnie film...

"Praktykant" to przede wszystkim bardzo ciepła, spokojna i fajna rola Roberta de Niro.
Przystojny, 70-cio letni wdowiec, dostaje się na staż do firmy związanej z e-handlem.
Firma jak firma, sami młodzi ludzie.
Jednak starszy Pan na każdego pozytywnie wpłynie.
A już najbardziej na właścicielkę i swoją bezpośrednią przełożoną, którą gra Anne Hathaway.

Takich filmów mi trzeba.
Takich filmów chcę więcej!
Życiowych.
Spokojnych.
Normalnych.
Pięknych w swej prostocie.
I z piękną obsadą!
Poza de Niro jakże piękna - Rene Russo!
Dobre kino na jesienne wieczory.
Premiera już 2 października.

Wszelkie zwiastuny TU

piątek, 25 września 2015

Czy można jeść dobre rzeczy będąc na diecie?

Dieta.
Magiczne słowo towarzyszące mi od czasów liceum.
Dieta.
Coś co zaczynam cyklicznie i po tygodniu rzucam w kąt.
Dieta.
Nie - sposób na życie.

Niestety, nie zostałam obdarzona figurą TAP MADL.
Niestety...

Trzy tygodnie temu podjęłam kolejne wyzwanie.
Ale nie "na chwilę".
Nie.
Chcę coś zmienić.
I nie mam na myśli tylko wyglądu (choć to on jest głównym motorem zmian).
O spotkaniu z Panią Agnieszką, jej wytycznymi - innym razem.

Wiele zmian muszę wprowadzić do swojego dziennego żywienia, niejedna jest trudna.
Najtrudniejsza?
Na tę chwilę to obowiązkowa kolacja - czyli coś z czym pół życia walczyłam by się odzwyczaić.
A teraz od nowa - muszę się przyzwyczaić!

Najfajniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że jedzenie jest pyszne!
Wczorajsza kolacja:
  • 80 g piersi z indyka
  • 70 g winogron (na kolację!)
  • 40 g mieszanki sałat
  • 1 łyżeczka oliwy
  • sok z cytryny
  • pół łyżeczki musztardy
  • pieprz świeżo mielony
  • przyprawa do drobiu (ewentualnie własnej twórczości mix ziół)


Pierś z indyka doprawiamy ziołami i grillujemy na patelni teflonowej. Ostudzonego kroimy w kostkę.
Winogrona przekrawamy.
Do miski wkładamy mix sałat, indyka, winogrona.

Dresing: musztarda + pieprz + sok z cytryny.
Proste, a jakie dobre!

wtorek, 22 września 2015

Coś dla podniebienia...

 
Z czego najciężej zrezygnować?
Z cukru...
Niestety, heroina XXI wieku to rzecz, z którą staram się zerwać.
O ile przestałam już słodzić kawę, herbatę to nie potrafię wyrzec się czegoś słodkiego.
Odkąd jestem na diecie, nie jem słodyczy. A raczej staram się.
Ale jest to tak trudne, że raz w tygodniu muszę!
Najgorsze jak ktoś w pracy przyniesie ciasto - ono wręcz woła do mnie: "skosztuj"!

Podobnie było z ciastem ze śliwkami, które odkryłam na Moje Wypieki.

 
 Składniki:
- 125 g miękkiego masła
- 120 g cukru
- 2 jajka
- 180 g mąki pszennej
- 60 g mąki ziemniaczanej
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 90 g śmietany 18%
- 1 laska wanilii
- 1 łyżeczka cynamonu
- 1 kg śliwki z dobrze odchodzącą pestką
 

 
 
 
 
 
Ucieramy masło z cukrem na puszystą masę.
Dodajemy po jednym jajku, każdorazowo ucierając do połączenia składników.
Mąkę pszenną, mąkę ziemniaczaną, cynamon i proszek do pieczenia przesiewamy i dodajemy na zmianę ze śmietaną.
Na koniec dorzucamy wanilię.

Przepołowione śliwki układamy na cieście (ma dość gęstą konsystencję).
Pieczemy około 50 minut w 170 st.

Moja modyfikacja:
- bardzo dobrze pasują do cista migdały. Wmieszanie w masę kilku łyżek migdałów w słupkach dobrze podkręca smak.
- lukier (w oryginalnym przepisie) lub cukier puder do posypania wierzchu.

piątek, 18 września 2015

Piątek / Sobota


Czekam cały tydzień.
Na piątkowy wieczór, kiedy to zasiądę z Panem Mężem przed TV, z lampką wina w dłoni, oglądając jakieś bzdury, tuląc Tosiaka do spania. Później czas na książkę i odpoczynek do10-tej rano kolejnego dnia....

Przychodzi ten upragniony dzień i co?
O 6 rano już robię zakupy na targu, by zdążyć z przygotowaniem śniadania, przyszykowaniem siebie, Młodej. By w tempie ekspresowym wybiec z domu do przedszkola i dalej, na autobus. Z tego pośpiechu jeszcze będzie spięcie, że za wolno ONA myje zęby, że szybko musimy się uczesać...
Powrót po 17.
I nie wiem, czy sprzątać, ogarniać, czy iść na spacer.
Jak wybiorę jedno - mam wyrzuty, że Tosia znów bawi się sama; jak pójdziemy na spacer - mam wyrzuty, że w mieszkaniu bałagan.
A wieczorem... Nie jestem w stanie wysiedzieć do 22... Za krótka ta dobra, za krótka!
I po co to wszystko?
Gdzie spokój, harmonia?

Coraz częściej myślę, że mogłabym pracować na pół etatu...
Bo co z tego, że spełniam się zawodowo, jak mam wyrzuty, że zaniedbuję dom, dziecko...
Pan Mąż ciągle zajęty, w delegacjach, szkoleniach itp.

Po ostatnim weekendzie w Górkach, marzy mi się domek.
Niedaleko, ot do godziny drogi z domu.
Tak, by w piątek o 17 wsiąść w auto, zabrać trochę rzeczy i uciec.
Od pośpiechu, zgiełku, ciągłej szarpaniny z samym sobą.

I wstać wtedy w sobotni ranek nawet o 6, zaparzyć kawę (już bez cukru!), owinąć się szlafrokiem i grzać ręce na kubku, siedząc na tarasie z widokiem na góry.
Tośka niech biega boso po trawie, G niech odsapnie.
Każdemu z nas przydałby się taki czas.


wtorek, 15 września 2015

Chlebowa Chata - Górki Małe.



Organizacja urodzin dla dziecka wymaga od rodziców nie lada wyobraźni.
Nie jest problemem zabrać gromadkę do figlo-raju na trzy godziny, gdzie pod okiem animatora dzieci są zabawiane, a rodzice znudzeni siedzą w kąciku z telefonem w ręce.





Ponieważ Tosia urodziła się w tej części roku, gdzie zabawy dla dzieci można organizować na dworze (lub po krakowsku - na polu) - korzystam z tego.
W zeszłym roku bawiliśmy się tutaj.
W tym roku - CHLEBOWA CHATA w Górkach Małych.











Stare drewniane chaty, skanseny dawnej wsi, gdzie można uczestniczyć w ubijaniu masła, mieleniu zboża na żarnach, osiewać mąkę, posłuchać ciekawych opowieści o życiu i zwyczajach pszczół, własnoręcznie przygotować podpłomyki i... uczestniczyć w ich konsumpcji wraz z dodatkami przyniesionymi przez właścicieli.
Trzy godziny atrakcji dla dzieci (i dorosłych).

Piękne miejsce!
 












Po zakończeniu części oficjalnej, zaplanowane było ognisko.
Ziemniaki z popiołu, kiełbaska własnoręcznie upieczona, ciasta, śmiechu po pachy, wyprawa nad rzekę po ryby i najlepsze - zjazdy na tyłku z małej skarpy...
Umorusani, wybawieni zakończyliśmy dzień po 20...
Warto!