czwartek, 30 kwietnia 2015

Bunt dwulatka... aż do osiemnastki.

"Najtrudniejsze pierwsze trzydzieści trzy lata" - mawia mój ojciec gdy kolejny raz stwierdzam, że zwariuję przez T!

Bunt dwulatka - był.
Wydawał się znośny. Trochę uciekania, trochę leżakowania na ziemi. Ogólnie - do okiełznania.
Jednak obecne czasy doprowadzają mnie do szału, płaczu i chęci popełnienia czynów zakazanych.
Ani ją prośbą, ani ją groźbą.

Scena pierwsza.

Są dni, że wszystko jest jak należy.
Idziemy razem na spacer, zakupy czy inne przyjemności.
Idzie za rękę, czasem sama - generalnie w polu widzenia i uchwycenia.
I nagle - TADAAAAAMMMMM - zapala się żarówka.
W tej małej główce pojawia się pomysł genialny - "Jestem konikiem" i galopuję...
Nie reaguje na stój, stop ani inne krzyki.
Serce w gardle, tętno 200 na minutę i szał w oczach - "Rozszarpię na kawałki".

Scena druga.

Słowo nie działa lepiej niż alergen.
Karkonosze. Droga ze Śnieżnych Kotłów na Szrenicę.
Kałuża, ona w adidasach.
"Tosia, proszę nie właź do kałuży, przemoczysz buty".
I się zaczęło. Nie dość, że wlazła, to jeszcze zaczęła bić we mnie jak w materac.
Zwykły agresor. I proszę, i tłumaczę. Nic. Drapie, krzyczy, wierzga jak koń.
15 minut sceny dla turystów.
Po czym wstaje, otrzepuje się i idziemy za rękę...
O co chodzi??

Takich przykładów można przytaczać wiele.
Często drugi rodzaj scen kończy się zmęczeniem i w efekcie spaniem.
Tak jakby agresor był ostatnim wzlotem na wyczerpanych bateriach (ależ przenośnia!).

Tylko co ja mam z nią zrobić?
A jeśli bunt co roku będzie przybierał na sile?
Do trzydziestu trzech jeszcze daleka droga....
Wytrwałości życzę sobie..... I Babci! :)


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Szparagi.


Moje ulubione - zielone!
Odkryte kilka lat temu, wykorzystywane na kilka sposobów.
Jednak najlepiej smakują w postaci lekkiej zupy krem.
Nie jest to krem taki gładki jak z kalafiora, dyni czy brokułów.
Ale jest pyszny.
Przepis znalazłam na White Plate.

Składniki:
1 średnia cebula (ja daję szalotkę)
łyżka mąki
odrobina masła
pęczek zielonych szparagów
bulion
1/2 małego kubka śmietany
sól, pieprz - do smaku

Przygotowanie:
Szparagi - odcinamy około 2-3 cm z dolnej części szparaga (tę zdrewniałą) oraz górną część - ją odkładamy. Pozostałą część kroimy w 2-3 cm kawałki.
Cebulę kroimy w drobną kostkę - delikatnie zeszklić na maśle.



Do cebuli dodajemy łyżkę mąki i chwilę mieszamy by się nie przypaliło.
Do tego - pokrojone szparagi i dusimy około 5 minut mieszając.
Wszystko zalewamy bulionem i gotujemy do miękkości szparagów.
Miksujemy.
Dodajemy do smaku sól, pieprz i śmietanę.



Zupa gotowa :)
Górną część, którą odkroiliśmy, wrzucamy na 2 minuty do gotującej się wody.
Są to bardzo miękkie części szparaga, dlatego krótkie obgotowanie w osolonej wodzie jest najlepsze.

A teraz - dodatki.
Taki lekki, wiosenny krem bardzo dobrze pasuje z grzankami (najlepiej własnej roboty), prażonymi pestkami (dynia, płatki migdałów, słonecznik) lub... kawałeczkiem wędzonego łososia.
Słona ryba bardzo fajnie podkręca smak.

Smacznego!

sobota, 25 kwietnia 2015

Nic nie planuj...

Nie warto nic planować.
Jak powiedział Woody Allen - "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach na  przyszłość".
Plany były, ale się rozmyły.
Zaatakowała nas ospa. Choroba jak każda, jednak spróbuj połączyć ospę z AZS.
To jest dopiero pakiet!
Więc siedzimy sobie z Tosią w te piękne dni, kisimy się w domu, a ja realizuję się w kuchni.

Liczyłam na weekend majowy, rodzinny wyjazd, chwilę oddechu.
I nici z tego.
Zostanie mi siedzenie w domu i malowanie ciałka w białe kropeczki.
Jedyny plus z tego wszystkiego - znów wzięłam się za czytanie.
Obecnie na nocnym stoliku - "Niepokorne. Eliza". Coś czuję, że będzie to bardzo fajna pozycja.


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Spontaniczne spotkania i jaja :)

Kwiecień plecień... właśnie, tylko dlaczego więcej zimy niż lata?
Nie można zaplanować dnia na działce, nie można zaplanować niedzielnej wycieczki - nic nie można (Ha! podwójna negacja!).
Cóż, taki mamy klimat!
I przez ten klimat nasze weekendy, z rana, mają smutny charakter. Tzn. mają na samym początku, nim znów czegoś nie wymyślę!
A najczęściej wymyślam odwiedziny.
Te najfajniejsze - spontaniczne, bez zbędnego szykowania: "Jeju Ania, znów mam nie sprzątnięte",
bez extra przygotowań "Przyniosłam coś, gotowe, kupne...",
bez planów jak spędzimy to wspólne popołudnie "Wpadnij po prostu na herbatę".
Tak lubię najbardziej!

u NICH zawsze jest fajnie.
Nie ma znaczenia, czy siedzimy na podłodze, w kuchni czy elegancko w salonie.
Nie ma znaczenia, że ONA znów nie zdążyła sprzątnąć, a ja znów wyczułam kiedy wpaść by zastać bałagan (jaki bałagan?!?!?!).
I nie ma znaczenia, że ON coś marudzi pod nosem, bo i tak wiem, że żartuje.

Znamy się już 14 lat, ze studiów.
Przez pięć lat nigdy nie byłyśmy dobrymi koleżankami. Nawet bym rzekła, że nie przepadałyśmy za swoim towarzystwem. Inne osobowości, inne charaktery, inne temperamenty.
Lata minęły, każda z nas "wzięła tego chłopa z sąsiedniej ławki", znajomość była podtrzymywana, urodziły nam się dzieci. Co roku: ONA, ja, ONA.
I tak tkwimy w tej naszej znajomości. Która podoba mi się coraz bardziej.
Mam się komu wyżalić, mam z kim pogadać, ONA mnie zrozumie i podziela w bólu.
Dzieci się uwielbiają.
A ja uwielbiam te chwile, gdy przez parę godzin wiem, że nie mam dziecka.

Dodatkowo ON zawsze przygotuje coś dobrego.
Chciałby mieć swojego Vbloga, ale nie ma czasu. Więc biorę te JEGO pomysły i wrzucam do siebie, by nie umknęły, by ktoś też spróbował i polubił. I zawsze przyznaję się, że to JEGO, nie moje :)

Jajka - jeszcze chwilkę temu objadaliśmy się. Wiadomo - jajkowe święta.
A ON proponuje zrobić faszerowane jajka na inny sposób:
anchois + czarne oliwki + kapary + żółtko + pieprz + imbir
Nafaszeruj tym jajka.
Pyszne. Polubisz.
Polubisz JEGO pomysły, tak jak ja lubię ICH :)


(pokazałabym kilka zdjęć, ale wyszły niewyraźne)

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

To lubię!



 

Jak niewiele potrzeba do szczęścia!
Słońce, ciepło, wiatr we włosach....
trochę grzebania w ziemi, pomoc dziadkom, kiełbaska z grilla...
Życie! Lubię to!






Sobota upłynęła nam na pozimowym sprzątaniu działki.
Słońce było tak mocne, ze zarówno mnie jak i Tosię złapało na twarzy!

A w niedzielny poranek był teatr, lody i beztroska!



wtorek, 7 kwietnia 2015

Halinka wieczorową (i nocną też) porą...

Nie lubię czytać Tosi bajek.
Powód - nie lubię czytać na głos, bo zasypiam...
Pierwsze dwa zdania i ziewam jak lew.
Jest jednak i na to sposób - książeczki z płytą.

Dawno, dawno temu odkryłam fenomen prozy dla dzieci "Bajkowa drużyna" Kasi Klich.
Siedem historyjek, a do każdej napisana piosenka.
Bajki są mądre:
- o Krzysiu co zaczął mówić brzydkie wyrazy, aż rodzicom uszy powiędły,
- o diecie cukierkowej,
- o kurczaczku i kurce co uciekły z podwórka
- o kłótniach przyjaciół
i inne z mądrym morałem.
Piękne jest w nich również to, że w każdej bajce głosu postaciom udzielają znani i lubiani, m.in. Anna Dymna, Daria Widawska, Maria Czubaszek, Artur Orzech, Jarek Kuźniar czy sam Liroy i Ryszard Kalisz.

Tosia uwielbia opowieści na tyle, że większość zna już na pamięć.
Pierwsza bajka jest o Małej Czarownicy, co uczy się najważniejszych słów - proszę, przepraszam i dziękuję.
Powód - źle czaruje : "... raz kuzynkę swą, Halinkę, zamieniła w tłustą świnkę...." i tworzą się  z tego powodu nieprzyjemności.
I o Halinkę wojna była tej nocy.

Po tak długim wolnym jakie sobie zafundowałyśmy, po przestawieniu czasu z zimowego na letni, trzeba było wczoraj wystarczająco wcześnie się położyć, by znów wpaść w rytm wstawania przed siódmą.
Tosia jak zwykle do naszego łóżka - "Bo mi Was brakuje" - główny argument małolaty.
Spać nie chciała, broiła, więc poszła do siebie:
- Włączysz mi Halinkę?
Włączyłam. Po pół godzinie spała.
A po dwóch godzinach obudziła się i krzyk jak za czasów ząbkowania.
- Włącz znowu Halinkę!!
- Tosiu, środek nocy!
- Nie szkodzi, Halinka musi być...

Halinka musi być, wstawanie w nocy musi być, niewyspanie również...

niedziela, 5 kwietnia 2015

I znów wszystko się posypało....

jeeeejjj.... w końcu wyczaiłam, dlaczego znikają mi zdjęcia z bloga.
Przez własną głupotę...
I kolejny raz zaczynam, obiecując, że nie popełnię już błędu.

Co u nas - wychodzimy z domu.
Ostatnie dwa tygodnie to jeden wielki koszmar. Chyba za bardzo bluźniłam.
Jakiś czas temu popadłam w rutynę.
6:20 pobudka, szybkie śniadania, szykowanie,
7:30 wyskakujemy z domu jak oparzeni, galopem do przedszkola, jeszcze szybciej na przystanek
8:30 -praca.
17:00 dom, obiad, zakupy... Chyba, że mi się nie chce to pozostaje trzymanie czterech liter na kanapie.

Zaczęłam psioczyć, że tak nudno, że ciągle jedno i to samo. To się doigrałam.
Młoda siedzi w domu drugi tydzień (choć ten drugi to tak bardziej z przymusu, przez świetną pogodę), ja się wysiedziałam razem z nią zaliczając wirusy mutanty z finiszem pod postacią zapalenia spojówek.

Mam nadzieję, że limit na rok 2015 dotyczący chorób - wykorzystany, wyczerpany.

Dzisiejszy dzień - spędzony spokojnie, rodzinnie.
Choć brak Mamy przy wielkanocnym stole była odczuwalna.
Babcia pojechała nam do Anglii, pobyć trochę z drugimi wnukami.

Święta zaliczone, choć za oknem właśnie sypie śnieg...
Na jutrzejszy Lany Poniedziałek, życzę każdemu udanej zabawy śnieżkami :)