wtorek, 25 sierpnia 2015

Kobiety z ulicy Grodzkiej. Hanka - Lucyna Olejniczak

Plan na dwa tygodnie wakacji zrealizowany w stu procentach - wszystkie zabrane czytadła - przeczytane.

Ostatnią pozycją, która ze mną pojechała była
"Kobiety z ulicy Grodzkiej. Hanka" Lucyny Olejniczak.
Książka jest napisana w ulubionym przeze mnie klimacie, 1890 rok, Kraków, początki emancypacji.
Dwa dni - tyle zajęło mi jej przeczytanie!

Aptekarz - Franciszek Bernat - to szanowany krakowski aptekarz.
To także zwyrodnialec, który wykorzystuje swoje służące, a gdy któraś rodzi dziecko - oddaje niemowlaki do szpitala lub topi w pobliskiej rzece.
Co na to żona?
Żona jest Franciszkowi potrzebna tylko do urodzenia syna - następcy, dziedzica. Niestety - los bywa przewrotny!
Wszystkie dzieci aptekarza umierają.

Gdy w piwnicy, służąca Hanka rodzi zdrową córkę, a w sypialni żona aptekarza kolejne dziecko, które szybko umiera - akuszerka postanawia podmienić niemowlaki.
Niestety, Hanka ostatkiem sił przeklina Franciszka, a klątwa będzie się echem odbijała po całej rodzinie.

Książka jest napisana łatwym językiem, ma prosty przekaz - dobro zwycięży zło.
Jednak otwarte zakończenie podsyca wyobraźnię i nie da się ukryć - już teraz chciałabym przeczytać "Wiktorię".
W skali od 1 do 5: 4.

piątek, 21 sierpnia 2015

Hotel Albanian Star - AS - Albania - podsumowanie.

Wybór hotelu na wakacyjny wyjazd nie jest łatwy.
Doskonale wiemy, że foldery biur podróży są mocno podkolorowane.
Szukając informacji na temat naszego tegorocznego hotelu, nie znalazłam ich zbyt wiele. Tłumaczyłam to głównie "egzotyką" Albanii.
Dlatego mam nadzieję, że moje podsumowanie komuś pomoże przy wyborze hotelu...


- nie można wnosić własnych płynów. Tak poinformowała nas Pani z recepcji gdy chcieliśmy wnieść wody mineralne. Jest lodówka, mini bar - mamy z tego korzystać.
Ale w torebce, jak nikt nie widzi - już można.
Dla przykładu ceny w mini barze: puszka coca-coli: 200 leków, w sklepie - 60 leków.

- czekanie 6 godzin na pokój - bajzel totalny. Doba hotelowa kończy się o 11, a zaczyna o 14.
To nic, że ludzie przed nami wyjechali z hotelu o 5 rano, a my po śniadaniu i spotkaniu z rezydentem byliśmy gotowi na pokój o 11-12. Nic z tego. Za mało (??) personelu...
Dodatkowo mięliśmy pokój z dostawką, a dostaliśmy dwa łóżka pojedyncze.
Owszem, wygodne, po złączeniu dałoby się w trójkę przespać, ale... Donieśli i łóżko i pościel.
Jednak okazało się, że we wszystkich pokojach gdzie był ktoś na dostawkę - łóżko donosili.

- czasem nie ma wody w łazience. Niby do 10 minut będzie - bo się rury zapowietrzyły.
Ale zdarza się, że wody nie ma i pół dnia. Bo awaria, którą naprawiają. Naprawiają i naprawiają - każdego dnia.

- niedziela. Plaża. Spokoju człowiek chce. o 11 zaczął DJ grać.... Ze spania nici!

- animator Michał - 3-4 spotkania w ciągu dnia.

- kasę wymieniać należy w hotelu - mówił rezydent. Mniej niż 100 euro nie chcą wymienić i jesteśmy na tym stratni średnio do 500 leków (kg winogron - 100 leków).
Najlepiej wymieniać w punktach z jedzeniem - dają max przelicznik 140 leków za 1 euro.

- na plaży za 1 kg winogron - 200 leków, w sklepie - 50 metrów od hotelu - 100 leków.

- piwo Tirana 75 leków, ale importowane - od 100 leków.

- popcorn na plaży - 100 leków

- lody: w hotelowej kawiarni to koszt 100-400 leków gałka-kubeczek algidy, pan sprzedający na plaży - 3 gałki za 50 leków.

- jedzenie w hotelu - średnie. Nigdy nie wybrzydzałam ze śniadaniami, bo wiadomo - w domu i tak je się albo jajka albo kiełbaski, albo inną jedną rzecz. Tu jest wszystko - ale niedobre.
Obiadokolacje już lepsze. Ale nie ma mowy o odchudzaniu. Słodkie, sztuczne soki, dużo smażonego, ciężkie jedzenie!

- zawsze sprawdzam, ile w hotelu jest pokoi. Jest to dość ważne przy posiłkach, by nie było kolejek, przepychania. W AS posiłki są dla tutejszych mieszkańców oraz dla okolicznych chyba z 4-5 mniejszych hoteli.

- Sky Bar, którym tak zachęca Rego Bis to nic innego jak taras na 9 piętrze. Bez baru....



Mogłabym tak mnożyć przykłady.
O ile Albania jest bardzo ładna, dzika i jak na dziki kraj przystało - jeszcze totalnie nie ogarnięta i nie gotowa na turystów o tyle hotel stracił w moich oczach.
Jedno jest pewne - w przyszłym roku wracamy do małych, kameralnych hoteli.


19 sierpnia 2015 MACEDONIA: Pogradec,Św. Naum, Ohrid.


Bardzo męczący dzień.
Dużo jazdy autobusem, w jedną stronę, do Jeziora Ochryckiego - prawie cztery godziny.
Jednak widoki wynagrodziły wszelkie niedogodności.
Rejs łódką po jeziorze Ochrydzkim - niezapomniany! I te widoki wybijających źródeł!
To trzeba zobaczyć!
 
  Woda ze źródełek zasila całe jezioro Ohrydzkie

Podwodna roślinność. Temperatura wody 10-12 st.C 






 Źródła. Było widać bąbelki powietrza i wybijającą wodę! 





Wejście na dziedziniec cerkwi Św. Nauma



Macedonia nas zachwyciła.
Samo miasto Ochryd (choć poprawna nazwa to Ochryda), jest piękne.
Stare, urocze, z licznymi zaułkami w których lokalni rzemieślnicy wyrabiają biżuterię.
Od razu widać, że w porównaniu z Albanią - to miasto bardziej nowoczesne.
Choć przekraczanie granicy zostawiło wiele do życzenia!


czwartek, 20 sierpnia 2015

18 sierpnia 2015 - Apollonia Vlora Orikumi

Dzień wycieczki.
Ponieważ mają bardzo dobre ceny wycieczek zorganizowanych, dodatkowo dzieci do 6 lat mają free, korzystamy :)
Dziś Apollonia - Vlora - Orikum, czyli szlakiem antycznej Albanii.

1. Apollonia
Miasto założone w VI w p.n.e.
Odkryte dopiero w 1916 roku! A prace wykopaliskowe trwają do dziś.
Piękne miejsce!
Panteon, łuk triumfalny, pozostałości sklepów, odeon.
Ponoć, by zobaczyć wszystko co tam odkryto potrzeba dwóch godzin!
Miasto zamieszkiwało 60 tysięcy mieszkańców (obecnie Apollonię zamieszkuje 100 tyś!).




Na terenie wykopalisk znajduje się również monastyr Świętej Marii.
Przepiękny.
Zachowany w idealnym stanie.

Refektorium - mocno zniszczone, ale widoczne freski, postaci (bez głowy!), które udało się wykopać w ruinach starej Apollonii to przedstawiciele ważnych dla miasta ludzi.




Ogólnie - ilość zabytków jakie udało się tam odnaleźć - powala. I ich stan. Rzeczy, które przetrwały ponad 2 tyś. lat!









2. Vlora.
Poszło szybko :)
Ludzie już zmęczeni spacerami w 33 stopniach.
Weszliśmy tylko na wzgórze widokowe - z którego szybko nas przegoniono, gdyż był to teren kawiarni.



3. Orikumi.
Tam, gdzie Morze Adriatyckie łączy się z Morzem Jońskim.
Tak, zdecydowanie tak.
Lazurowa woda, kamienie i - jeżowce!
Grześ jak zawsze uwielbia z nimi kontakt!
Albo uwielbia jak się nad nim pastwię i dłubię w ręce, nodze wyciągając mikroskopijne kawałeczki zwierzątek :)





Ogólnie - bardzo fajna wycieczka.
Jednak ta najfajniejsza czeka nas jutro!














poniedziałek, 17 sierpnia 2015

16 sierpnia 2015.

Durres - part II.





Pojechaliśmy sami.
Abstrakcja w tym kraju goni abstrakcję.
Obok autostrady biegnie droga miejska/wojewódzka/szybkiego ruchu.
I co ciekawe - jest dwukierunkowa, szeroka na busa...
Dolecieliśmy pod latarnię  bo akurat autobus zamajaczył na horyzoncie.
Bilet - 60 leków, dziecko za free (taxi 10 euro).

Tym razem wybraliśmy deptak wzdłuż portu.
Początek - wymarłe miasteczko, kilka karuzel i niezliczona ilość włoskich knajpek.
Ładnie.
Upalnie.
I moja dwójka dzieci.
Jedno jęczy, że gorąco.
Drugie - że głowa boli.

Obiecuję! Za rok jadę sama!

niedziela, 16 sierpnia 2015

Szepty dzieciństwa - Anna Sakowicz

Na wyjazd wzięłam przezornie trzy książki, Twój Styl i Panią.
Po lekkiej lekturze "Nie zmienił się tylko blond" przyszedł czas na Annę Sakowicz "Szepty dzieciństwa".
Miało być lekko i przyjemnie. Wskazywał na to i tytuł, i okładka.
Miało być.
Nie było.
I nie jest.
I nie będzie.

Główna bohaterka - Baśka, jej mąż Mietek - głupi Mietek, dwójka dzieci - Kasia i Paweł oraz ojciec alkoholik.
Baśka jest zwyczajną kobietą, pracuje na kasie w supermarkecie.
Mietek - w budowlance.
Pierwsze moje skojarzenie - "Świat według Kiepskich" jak nic. Albo "Cześć Tereska!"
Codzienne życie bohaterów to trwanie od pierwszego do pierwszego.
To szydzenie z dzieci w szkole - bo nie mają komputera, komórki, samochodu.
To walka o lepsze jutro przy szukaniu dodatkowych dochodów.
I w tym szarym świecie pojawia się niczym kolorowy, rajski ptak dawna koleżanka Ula.
Ula jest piękna (choć w szkole była pryszczata i nikt jej nie lubił), Ula ma młodszego kochanka, dwa salony kosmetyczne, Ula ma znajomości w klinice do której na odwyk trafia ojciec Baśki, pożyczy samochód, zaprosi na obiad do eleganckiej restauracji, czy na zabieg do swojego gabinetu.
Ula jest ideałem, do którego nasza bohaterka chciałaby dążyć.
Dodatkowa praca pozwala Basi zaciągnąć kolejne kredyty - a to na ubranie na wyjazd szkoleniowy, a to na laptopa, drukarkę.
I można by uznać, że książka pokazuje tylko jak człowiek walczy o lepsze jutro, jak jest wystawiany na kolejne pokusy, jak ulega...

To jest tylko pierwszy obraz, niby główny, a jednak poboczny.
Drugie dno - dno tragiczne.
Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy matka nazywa swoje nienarodzone dziecko larwą?!
Jakie odzwierciedlenie ma bicie dzieci kablem od żelazka?
Jak brak miłości wpływa na dorosłe życie?
Tak, to jest o Basi. O dzieciństwie Basi.

Książka ukazuje przede wszystkim bolesne relacje z dzieciństwa, które mają gigantyczne przełożenie na dalsze życie.
My - Rodzice - jesteśmy nie tylko odpowiedzialni za nasze dzieci.
Jesteśmy odpowiedzialni przede wszystkim za pajęczynę uczuć, budowanie związku i relacji.
Bo nie najważniejsze są rzeczy  jakie dzieci od nas otrzymają na start w dorosłe życie.
Takie banalne, a takie trudne....


sobota, 15 sierpnia 2015

15 sierpnia 2015.

Burza.
Leje jak z cebra.
Porwało nam najfajniejszy ręcznik.
Jak burza i deszcz to i brak prądu.
Generator uruchomili po pół godzinie. Po kolejnej padł.

Od rana się niosło.
Żeby urozmaicić plażowanie pojechaliśmy w inne, bardziej dzikie miejsce.
I już na początek albańskie zwyczaje. Do starego golfa zmieściło się pięć dorosłych osób + dziecko. Nie ma mowy o pasach, a co dopiero o foteliku (poczekajcie Albańczycy. I do Was dotrze Unia...)
A albańskie drogi pozostawiają wiele do życzenia. Choć wiele to jeszcze mało powiedziane!
Droga, która powinna być jednokierunkowa jak najbardziej jest - dwukierunkowa.
Jedziemy asfaltem, nie sorry, skończył się.
Serpentyny na szerokość auta, dzika przyroda, piękne krajobrazy.
Góry, na zboczach pojedyncze domy.
Piękny ten najbiedniejszy kraj...



Plaża na której wylądowaliśmy była bardzo w greckim stylu.
Zagospodarowana część - 500 leków za dwa leżaki.
U stóp zbocza, w przeźroczystej wodzie - tak, zdecydowanie tak!












I maleńka promenada, gdzie przystojny Albańczyk - kelnerami w Albanii są tylko mężczyźni - podał dobrą (w końcu!) kawę.

Powrót zapowiedział się niestety szybko - nasz kierowca spieszył się do pracy.
Po trzech godzinach plażowania - powrót.





Odkryliśmy też kolejną, super knajpkę.
Mimo, że Tosia ma małe niedyspozycje brzuszkowe, apetyt jej dopisuje.



piątek, 14 sierpnia 2015

13 sierpnia 2015.



Nie spodziewałam się, że mogę być takim leniem.
Kotletem, dokładnie mówiąc.
Od trzech dni nic innego nie robimy jak tylko leżakujemy.
Rano śniadanie, ogarniamy się, szybkie zakupy w pobliskim sklepiku i na leżaki.
Krótka drzemka, gazeta/książka, moje kółko do pływania, tzn. unoszenia się.
I tak do wieczora.
Później kąpiel, kolejna drzemka i na kolację.
A z kolacji - prosto na spacer brzegiem morza.
Tu niestety nie możemy pochwalić się dużą ilością kilometrów. Młodzież szybko odmawia współpracy.

O 21 jesteśmy w pokoju.
Zęby, drink i odpoczynek do 22. I znów spać...
W sumie to śpię gdzie się da i ile się da.
Teraz nie ma się co dziwić, czemu Tosia zasnęła przy jedzeniu.
Geny - jak to powiedziała Ola.


Cóż.
Pierwszy tydzień odpoczynku za nami. Dobrze, że jeszcze jeden przed nami!


Urozmaiceniem na plaży są zajęcia z polskim animatorem.
W sumie - cztery zajęcia w trakcie dnia: poranna gimnastyka, siatkówka, gry koło baru i o 15:30 gimnastyka (czytaj: wygłupy) w morzu.






środa, 12 sierpnia 2015

Nie zmienił się tylko blond - Agata Przybyłek

Czas na albańskiej plaży dzielimy sprawiedliwie - pół godziny w morzu, pół na leżaku.
Ta druga połowa, wysychanie na słońcu jest leniwa i przyjemna. 
W szczególności gdy można spokojnie poczytać. 
A można.
Tym samym w dwa dni skończyłam Nie zmienił się tylko blond Agaty Przybyłek.
Jeszcze w Gliwicach, gdy ją zaczynałam, miałam w głowie plan całkowitej krytyki. 
Nic mi się nie podobało, nic.
Dlaczego?
Tył okładki krzyczy:
"Iwonka ma męża, czwórkę dzieci i sielankowe życie. Mąż ma sklep z bielizną i biuściastą kochankę Adelę. Iwonka dowiaduje się, że w wieku 37 lat zostanie babcią. Przepis na dramat? Nigdy w życiu!"

No właśnie. Nigdy w życiu to ja pokochałam czternaście lat temu.

 Wtedy to Katarzyna Grochola w pełni do mnie przemawiała. 
Język, sposób kreowania historii, sama bohaterka - to było fajne. 
I co?
Skończyło się.
Kolejna książka Grocholi (Houston, mamy problem) to już porażka.
Książka Przybyłek napisana jest w podobnej formie.
Niby lekko, niby żartobliwie, jednak często trochę idiotycznie.

Główna bohaterka, Iwonka, to matka czwórki dzieci, która za chwilę zostanie babcią w wieku 37 lat. 

Właśnie zdradził ją mąż, więc wyprowadza się z dwoma psami, kotką i całą ferajną na wieś do rodziców.
Oczywiście dołączy do niej kochanka męża (pobita i również w ciąży), ona sama znajdzie sobie cudowne uroczysko na Mazurach jako cel życia (hmmm, rozlewisko "pachnie" Kalicińską!) i pokocha dawnego, nudnego kolegę Jarusia.
Ckliwe to takie.
I nie w moim stylu.
Jednak całkowicie nie mogę skrytykować tej powieści.
Na plaży nie mam ochoty wytężać umysłu i koncentracji. 
I za to daję plus.
Kiedy byśmy książki nie przerwali i wrócili do niej ponownie - zawsze się odnajdziemy. Trochę jak "Moda na sukces" - odpuszczając z tysiąc odcinków i tak jesteśmy na bieżąco.
W skali od 1 do 5 daję słabe 2.

wtorek, 11 sierpnia 2015

10 sierpnia 2015 - Durres



Wczorajszy dzień to plażowanie i dalsze odsypianie zarwanej nocy.
Kolejna zaliczona knajpka. Kolejne dobre dania.
Osobny post na zakończenie będzie dotyczył hotelu i cen.

Dziś - dzień zorganizowany.
Po śniadaniu pojechaliśmy na wycieczkę do Durres.
Dla zainteresowanych - osoba dorosła - 20 euro, dzieci do lat sześciu - free (nie do pomyślenia w Grecji).
Miasto - jedno z najstarszych w Albanii, główny port kraju.
I znów - same kontrasty.



Baszta z czasów rzymskich, w tle nowoczesny hotel a tuż obok ruina pamiętająca czasy Hodży.








Kawałek dalej - piękne collegium, wybudowane w porozumieniu z amerykanami (wykłady tylko w języku angielskim), a tuż obok - mury obronne, żebracy i wejście na odkryty w latach 60-tych XX wieku amfiteatr.







I tu ciekawostka.
Amfiteatr powstał w II wieku a odkryto go przypadkowo - zapadła się studnia, którą budowano - w 1966 roku.
Ładne? Cóż.
Teren wokół pokazał jak Albańczycy nie potrafią eksponować tego co mają.
Tuż przy amfiteatrze - stare, zamieszkałe domy, ludzie koszący trawę i nowoczesne wille.
Wszystko razem!
















Samo centrum - ładne, nowoczesne, zadbane.


Jednak wystarczy zejść w boczną uliczkę i nie do wiary jakie "zabytki" są na sprzedaż!

I tysiące kabli.
Okazuje się, że gdy Albańczyk ma problem z elektryką, nie naprawia tego co jest. Dokłada kolejne kable!














Lody, kawa -  wszystko za bardzo dobre kwoty:
- lody - potężna "gałka" - około 40 leków (1 euro to około 140 leków),
- kawa mrożona - 100 leków
- byrek (pyszne ciasto filo faszerowane mięsem mielonym, serem lub cebulą) - 30 leków.


Po czasie wolnym - główny cel naszej podróży - zwiedzanie fabryki brandy.



Właścicielem fabryki jest były minister środowiska.
Oprowadzili nas po tej gigantycznej fabryce (właśnie rozlewali brandy do sprzedaży - całą linia produkcyjna liczyła 4 osoby!).
Następnie - degustacja połączona z poczęstunkiem. Działo się!
Do wypróbowania wszystko co produkują - trzy rodzaje białego wina, trzy - czerwonego, rakija, brandy 5 i 12 letnie, coś ziołowego, likier pomarańczowy (likier, 40%!).
Ceny - 3,4,5 euro w zależności od mocy i długości leżakowania!
Obkupiliśmy się na całego!








Powrót i.. plażowanie!
Jedno jest pewne - jutro odpoczywamy na plaży!