środa, 28 stycznia 2015

Carte Blanche.

Są filmy, które na długo zostają w pamięci.
Które sprawiają, że człowiek wierzy w lepsze jutro, które pokazują, że nawet po największej tragedii jesteśmy w stanie się podnieść.



Właśnie do takiego rodzaju filmów należy Carte Blanche ze znakomitym Andrzejem Chyrą.
Historia oparta na faktach autentycznych - uwielbiany przez młodzież nauczyciel historii z każdym dniem traci wzrok.
Aby nie utracić tego co kocha najbardziej - uczniów, pracy - udaje mu się oszukiwać wszystkich i prowadzić w miarę normalne życie.

Wczoraj, w zabrzańskim Multikinie, odbyło się kolejne spotkanie z cyklu "Kino na obcasach".
Poza licznymi niespodziankami i upominkami - udało mi się wygrać dwa zaproszenia na kolejne edycje (!!) - wyświetlony został właśnie Carte Blanche.
Wzruszający film.
Jednocześnie smutny i piękny.



Świetna obsada - Dorota Kolak, Arkadiusz Jakubik, Urszula Grabowska czy Wojciech Pszoniak powinni Was zachęcić do obejrzenia tego filmu.
Gwarantuję - zostawi on ślad i w głowie i w sercu.

środa, 21 stycznia 2015

Są jeszcze uczciwi na tym świecie....


Pamiętacie grudniową promocję w Lidl?
Dziesięć razy zrób zakupy za 60 zł, w nagrodę (za co, za rozrzutność?!) otrzymasz nóż...
Pomyślałam, cóż - poszaleli. Rok wcześniej przynajmniej fajna książka kucharska była, a teraz, co - nóż?!
Zakupy jednak lubię robić w Lidl, więc same naklejki się zbierały. Tuż przed Wigilią okazało się, że zabraknie mi aż dwóch. Pani kasjerka pocieszyła, że akcja potrwa dłużej, bo noży mają bardzo dużo, więc spokojnie po świętach zaprasza.
A po świętach co? Niestety - akcja zakończona, jak ma Pani wszystkie naklejki - proszę wysłać pocztą tu i tu, może jakiś prezent wyślą.

Nie ukrywam, wkurzyli mnie.
Małż nawet stwierdził - rasowi naciągacze.

Ale dobre koleżanki znalazły dwie naklejki i wysłałam.
Jakież było dziś moje zdziwienie, gdy kurier wręczył mi paczkę...
Jest nóż. Jest uczciwość. Jest radość.

PS. Biorąc pod uwagę moje zamiłowanie do podcinania paznokci nożami - chyba będę musiała bardziej uważać :)

wtorek, 20 stycznia 2015

Nienajlepszy początek miesiąca.

Dawno mnie nie było.
Nowy Rok nie jest dla mnie zbyt łaskawy.
Kolejne dni na L4.
Najgorsze, że nie mam nawet sił do czytania.  Nie mówiąc już o innych czynnościach. A tyle planów na styczeń miałam.

W jednej z okolicznych siłowni organizowane są akcje REDUKCJA.
Przez 10 dni trenerzy osobiści czekają na chętnych by ich zważyć, sprawdzić zawartość tkanki tłuszczowej.
Od tego czasu wyzwanie trwa 3 miesiące. Staramy się zredukować wagę i najważniejsze - ten kto zgubi najwięcej tkanki tłuszczowej - wygrywa.
Dodatkowo - dla każdego, kto się zapisze - promocyjne ceny na treningi osobiste, diety itp.

Przy pierwszej edycji odpuściłam - Małż ciągle wyjeżdżał, czasu brakowało na wszystko.
Druga edycja zaczęła się 15 stycznia.
Do soboty mam czas zapisać się, zważyć i wyznaczyć cele.
Tylko czy dam radę?
Dziś pierwszy dzień, że nie gotuję się żywcem.
Może?!

niedziela, 11 stycznia 2015

Weekendowy obiad - DiVino.

Przyznaję się bez bicia - w weekendy nie gotuję.
W soboty najczęściej jadamy w jadłodajniach gdzie można zjeść dobrze, domowo, świeżo(?!) i za dobre pieniądze.
W niedziele zaś - obiady rodzinne u Rodziców.

Przychodzą jednak chwile, gdy spotykamy się z Przyjaciółmi i chcemy zjeść coś poza domem.

Dokładnie miesiąc temu została otwarta nowa restauracja - DiVino.
Włoskie klimaty, włoska kuchnia i jak zapewniały Panie kelnerki - wszystko, nawet mąka do pizzy jest sprowadzana z Włoch.

Pizza - bardzo dobra, na cienkim cieście,  pieczona w piecu opalanym drewnem.
Inne dania - zarówno pyszne jak i w bardzo dobrej cenie.

Lokal jest mały, na parterze są trzy stoliki, na piętrze około ośmiu, dlatego jeśli zechcecie się wybrać - lepiej zarezerwujcie stolik.
To na co ja zwracam również uwagę - toaleta - jak najbardziej ok. Czysto, ładnie i pachnąco.
Jedyny, mały minus - brak kącika lub jakiejkolwiek formy zajęcia czasu dla dzieci.
Ale to może z czasem....

Zdjęć nie udało mi się zrobić, dlatego odsyłam Was do galerii na stronie restauracji.

Polecam!


środa, 7 stycznia 2015

Żurek Makłowicza.

Pozostając w kulinarnych klimatach, chciałam zaproponować Wam inne spojrzenie na najbardziej tradycyjną, śląską zupę - żurek.

Z dzieciństwa pamiętam żurek Babci - gęsty, aromatyczny podawany z tłuczonymi ziemniakami i smażoną cebulką. Tak jak cudownie smakował, tak i pięknie tuczył.
Nie ma co ukrywać - jest to zupa bardzo treściwa, odpowiednia na obecne mroźne dni i mało dietetyczna. Jednak jeden jej talerz w zupełności wystarczy na obiad.

Tym razem zdjęć nie będzie - jeżeli zechcecie przygotować go według mojej propozycji (a raczej propozycji Roberta M w jednym z jego autorskich programów), wyczarujcie go wedle własnego upodobania.

Ilość składników zależy od wielkości żuru (kupuję u rolników na targu).
Najlepszy wychodzi na wędzonej kości.
Gotujemy wywar - wędzona kość, liść laurowy, ziele angielskie - oraz pokrojone w kostkę ziemniaki. Ile? Ile lubicie.
W międzyczasie, na patelni, musimy zeszklić cebulkę. Czy chcecie pokroić ją w kostkę czy w piórka, a może w półksiężyce - nie ma to większego znaczenia. I tak będzie dobre.
Do cebulki dodajemy pokrojone w dowolny sposób pieczarki. I znów ilość zależy od upodobań. Wiadomo - im więcej tym zupa będzie bardziej treściwa.
Teraz to, co najważniejsze - kiełbaska / boczek.
Osobiście boczku nie lubię, więc go nie daję. Dwie laski kiełbasy podwawelskiej kroję w dużą kostkę i dodaję do cebuli z pieczarkami.
Wszystko razem ładnie dusimy. Przyprawiam pieprzem, świeżym czosnkiem. Z solą uważajcie- wędlina jest słona, lepiej nie przesadzić.

Gdy ziemniaki są już miękkie, wlewamy żur. Cały.
I dokładamy wszystko z patelni. Na maleńkim ogniu żur niech sobie "mruga".

Przyprawy - wedle upodobań, czego jeszcze nam mało. Tylko uważajcie - żur nabiera mocy po wystudzeniu i ostaniu. Obowiązkowo - majeranek!

Do pełni szczęścia brakuje nam tylko jajek.
Ugotujcie 3-5 sztuk na twardo (świeże jajka źle się obierają, by ułatwić sobie życie, dosypcie przed gotowaniem do garnka soli).
Jajka kroimy znów, jak chcemy i wrzucamy do naszej zupy.

Generalnie zupa nie jest ani trudna, ani czasochłonna.
Jeżeli ktoś z Was podejmie wyzwanie i ją przygotuje - podzielcie się wrażeniami.

Smacznego!




sobota, 3 stycznia 2015

Zimowa zapiekanka.

Coś czuję, że rok 2015 będzie rokiem kulinarnym, przetykanym przeczytanymi książkami...
Dziś chciałam polecić Wam zapiekankę sycącą, treściwą, aromatyczną.
Przepis zaczerpnięty od Ani Starmach z Pyszne 25.

Składniki:
- ok. 30 dkg ziemniaków
- kawałek żółtego sera
- 2-3 piersi z kurczaka
- 20-30 dkg pieczarek
- puszka groszku konserwowego
- 2 marchewki
- 3 szalotki
- gałka muszkatołowa, rozmaryn, tymianek, sól, pieprz
- łyżka cukru
- łyżka miodu
- oliwa
- łyżka masła
- łyżka śmietany

Obrane ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie.
Piersi z kurczaka kroimy w paski. Oprószamy solą, pieprzem i rozmarynem (przyznaję się - nie miałam, zastąpiłam świeżą bazylią) i smażymy na odrobinie oliwy (tak, wiem, ponoć nie można, ale jednak grzeszę).
Pieczarki kroimy w ćwiartki, obsmażamy i lekko solimy.
Kurczaka łączymy z pieczarkami i odsączonym groszkiem.

Ugotowane ziemniaki przeciskamy przez praskę, dodajemy łyżkę śmietany, łyżkę masła, gałkę muszkatołową i pieprz.
Na spód naczynia wykładamy kurczaka, pieczarki, groszek, na to dajemy puree ziemniaczane i ścieramy na wierzch trochę sera żółtego. Lekko oprószamy majerankiem.
Pieczemy 14-20 minut w 190-200 st.

W tym czasie przygotowujemy karmelizowane warzywa.


Na patelni rozgrzewamy odrobinę masła. Wrzucamy pokrojoną w większe talarki marchewkę, dodajemy cukier, odrobinę miodu i tymianek.
Chwilę dusimy, dodajemy pokrojone w ćwiartki szalotki. Podlewamy wodą by warzywa zmiękły. Na koniec przełamujemy słodycz odrobiną soli i pieprzu.


Zapiekankę podajemy wraz z warzywami!
Smacznego!

piątek, 2 stycznia 2015

365 dni.


365 mojego bycia w blogosferze :)

Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, za odsłony, miłe komentarze....
Mam nadzieję, że weny mi nie zabraknie, pomysłów również i że zawsze ktoś się skusi zobaczyć co tkwi w KOSZYKU

czwartek, 1 stycznia 2015

Sylwestrowy przysmak.

2015 jest już od osiemnastu godzin... Ale ten Nowy Rok się ciągnie :)

Niemniej jednak, każdemu życzę, by był to rok przełomowy, znaczący wiele, pomyślny.

Wczorajszy wieczór uważam za bardzo udany - świetni ludzi, świetny klimat i... świetne jedzenie!
Hitem sylwestrowego stołu, jak dla mnie, była zupa rybna (!!) i jak zawsze - muffiny pizzowe mojej przyjaciółki.



Przepis na 24 sztuki:
Składniki:

  • 1 szklanka mleka
  • 2 łyżeczki ciepłej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 8 łyżek masła
  • 10 dkg drożdży
  • 2 jajka
  • 1/2 kg mąki
  • 1 duża cebula drobno pokrojona i zeszklona na oleju (albo oleju z zalewy suszonych pomidorów)
  • 15 dkg pieczarek usmażonych i odparowanych z cebulą
  • 20-30 sztuk oliwek przekrojonych na pół
  • 25 dkg sera żółtego
  • 5-8 suszonych pomidorów
  • zioła prowansalskie
  • 1/2 łyżeczki soli
Sposób przyrządzenia:

w rondelku podgrzewamy mleko, dodajemy masło, cukier, wodę. Do ciepłej mieszanki dodajemy drożdże i mieszamy do ich rozpuszczenia.
Do miski wsypujemy mąkę, zioła prowansalskie, wlewamy mleko z drożdżami, dodajemy jajka i odstawiamy do wyrośnięcia, ok. 20 minut.

Do wyrośniętego ciasta dodajemy ostudzone pieczarki z cebulką, oliwki, pomidorki i pokrojony w kostkę ser żółty. 




Wszystko mieszamy i przekładamy do foremek. 
I teraz, nie zróbcie jak ja - najlepiej włożyć ciasto do formy w silikonowych papilotach. Do papierowych zbytnio ciasto się przykleja i ciężko jest je z nich wyciągać.


Wstawiamy do piekarnika na 25 minut i gdy muffiny będą złotego koloru, pozostawiamy je w wyłączonym piekarniku na 5-7 minut.
SMACZNEGO!