wtorek, 30 czerwca 2015

Podsumowanie miesiąca - CZERWIEC

Mimo, że miesiąc jeszcze się nie skończył, mimo, że jeszcze tyle dziś mogę zrobić - wiem, że nie zrobię.
Generalnie chciałam, by podsumowania dotyczyły truchtania.
Jakichś małych osiągnięć, kolejnego kroku do przodu.
Niestety. W tym miesiącu muszę zapisać krok wstecz.

Pierwsze dwa tygodnie - totalny upadek.
Wykończyły mnie myśli o zwiększaniu czasu w truchtaniu - wydolnościowo padłam. I nie umiałam się podnieść.
Po tym czasie doszłam do wniosku - nie liczy się zwiększanie czasu, liczy się frajda.
Z radością powróciłam. Tosia na rowerze, ja koło niej truchtając.
I ostatni tydzień - znów nic. Kłopoty zdrowotne na dobre krzyżowały moje plany.

Podsumowując:
w CZERWCU podczas 6 treningów przebiegłam:
- 12,5 km
- w czasie 1godz 45 min (żółwie tempo utrzymane!)
- spalając 1209 (aż 3 hamburgery :) )

Słabo, bardzo słabo.
Ale jak tylko się podleczę - wierzę, że wrócę :)

Czerwiec to również miesiąc imprez: od dnia dziecka, matki, święta rodziny (w przedszkolu), po rocznicę ślubu czy urodziny G.
Do tego remoncik i można (o)szaleć :)
Dlatego oklaskami żegnamy czerwiec.

Lipcu - mam nadzieję, że będziesz spokojniejszy....

piątek, 26 czerwca 2015

Natasza Socha "Rosół z kury domowej".


7 lipca odbędzie się premiera nowej książki Nataszy Socha - Rosół z kury domowej.

Premiera jak premiera, nic szczególnego jeśli nie jesteśmy fanami, maniakami, molami książkowymi.

Ale... Wygrać na FB autorski egzemplarz - to już coś!
Nigdy nie wierzyłam w te fejsbukowe konkursy.
A tu, w przeciągu tygodnia, aż dwa wygrałam!
No!

Książkę dostałam już w formacie pdf. Ale nie lubię czytać na ekranie (dlatego czytnikom mówię stanowcze NIE).
Poczekam na egzemplarz namacalny i wtedy - podzielę się z Wami czy warto czy nie warto.


Choć w tym temacie nie jestem obiektywna - bo dla mnie zawsze watro!
I nie ważne, czy akurat czytam Tosi Karolcię, sobie Niepokorne. Klara, czy czekam na czwartą część Greya (a to już we wrześniu - polskojęzyczna premiera!).

wtorek, 23 czerwca 2015

wpadki / wypadki

Ufff, niech się już ten miesiąc kończy.
Pod koniec każdego miesiąca mam wrażenie, że mijający był ciężki, a każdy kolejny może być lepszy.
Nic bardziej mylnego!

W zeszły piątek miał być wpis (bo pilnuję wyznaczonych sobie terminów).
Miał być, ale w końcu mamy remont i nie udało się.
Najmniejsze pomieszczenie w domu (metr na metr), a syf jak bym całe mieszkanie remontowała.
Nie udało mi się przygotować nic ciekawego.
Trudno. Nikt nie płakał.

Weekend też był ciężki .
Dziadkowie smażą się na wakacjach, a my co? Marne +8 i ulewy co pół godziny.
Całą sobotę ogarnialiśmy te 60 metrów kwadratowych.

Ale już w niedzielę... Wełniana rocznica ślubu minęła całkiem, całkiem przyjemnie.
Najpierw pół dnia "wolnego", dziecię z ojcem pojechało do pracy.
Nadrobiłam zaległości w Prawie Agaty, książce, nauczyłam się na wczorajszy egzamin z niemieckiego, upiekłam babkę (bo w taką pogodę tylko o cieście drożdżowym można pomarzyć!).
Po ich powrocie - wspólna obiadokolacja, prezenciki, lody...
Spokojnie, rodzinnie, fajnie.

W tym tygodniu miałam się spotkać z Panią od wizerunku (pisałam o tym TU ), ale coś jej wypadło i przełożyłyśmy na przyszły czwartek. Relacja będzie obowiązkowo!

Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad tematyką postów w tym moim koszyku.
Trochę kulinarnie, książkowo i życiowo.
Z sentymentem wracam do postów z zeszłego roku.
Dokładnie rok temu smażyliśmy się pod Atenami i właśnie dzięki temu wirtualnemu pamiętnikowi - mogę dokładnie przypominać sobie dzień po dniu.
Właśnie w tę stronę chciałabym pójść.
Zapisywać dni, radości, smutki.
Bo wszystko tak szybko przemija, a nasza pamięć jest słaba i wybiórcza.

wtorek, 16 czerwca 2015

Zamknięcie trylogii "Czarownica".



Dużo wody upłynęło nim udało mi się uzupełnić "Czarownicę" i "Córkę czarownicy" o ostatnia część - "Sekret czarownicy" Anny Klejzerowicz.

Są książki, np. trylogia "Cukierni pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk, które w każdej części wciągają nas bardziej i bardziej.
A my, czytelnicy, chcemy więcej i więcej.
Po każdym tomie, żyjemy losem bohaterów, nie jesteśmy w stanie sięgnąć po kolejną książkę, bo bohaterowie ciągle stoją przed naszymi oczyma.

Po pierwszej części "Czarownicy" miałam podobnie.
Przede wszystkim niedosyt. Ada i Michał byli tak ciekawymi postaciami, że sama chciałabym zamieszkać w Popowie by ich poznać.
I Małgosia. Mała, biedna, wystraszona dziewczynka, która właśnie tej parze zaufała.

Druga cześć pozwoliła nam ją bardziej poznać.
Rozwiązanie sekretu sprzed lat dodawało powieści lekkiej pikanterii, tajemniczości i znów - chęci kontynuacji.
Dotarłam więc do trzeciej części. I?
I rozczarowanie.
Nie żeby od razu totalna klapa.
Książka przewidywalna, na dobrą sprawę odrobinę nudna. Pojawia się historia Krzyżaków, Templariuszy, średniowieczne tajemnice.
Małgosia przechodzi kryzys w małżeństwie i jak zawsze, właśnie wtedy, pojawia się ten trzeci.
Interesujący, ciekawy, świeży...
Rozterki - z kim być, co robić, gdzie postawić siebie w szeregu codzienności.

O ile dwie pierwsze części były na 4,5 (w skali od 1-5) to ta, niestety na bardzo słabe trzy.
Małe rozczarowanie.

piątek, 12 czerwca 2015

Francuska opowieść - Krystyna Mirek

Piątkowy wpis miał być książkowy.
Uzupełniam swoje księgi i chciałam podzielić się opinią o kolejnych przeczytanych pozycjach.
Ale, ale...Zmiana planów!
Trafiła mi się informacja, że można o coś powalczyć... (TU)

Południowa Francja. Kraina słońca, wina, miłości i marzeń. Czwórka znajomych wyrusza na wakacyjną wyprawę, żeby połączyć zawodowe cele z prywatnymi marzeniami. W pięknej starej winnicy, w cieniu wiekowego zamku ich losy gwałtownie się splotą.
Beata właśnie się zaręczyła, ale wątpliwości jej nie opuszczają. Decyzja jest pilna, a tymczasem pytania się mnożą. Aleks, mężczyzna z przeszłością uporczywie patrzy przed siebie i próbuje zbudować nowe życie. Ale stare winy nie pozwalają o sobie zapomnieć. List z Polski znów zburzy jego kruchy spokój. Oliwia, energiczna kobieta sukcesu, zawsze dostaje to, czego chce. Z wyjątkiem jednego. Czy odważy się podjąć niezwykłą decyzję? Hrabia, właściciel zamku i winnicy. Wydaje się, że ma wszystko. Jaką tajemnicę skrywa? Dlaczego zamyka się w pustym zamczysku i chroni go jak warowni?
Czasem trzeba się odważyć i po prostu zrobić, to co jest właściwe. Można wtedy wygrać życie.

Wstyd się przyznać - nic jeszcze tej autorki nie czytałam.
Nic.
Czas nadrobić zaległości!
Chętnie zaczęłabym przygodę z Panią Mirek właśnie od Francuska opowieść.
A otrzymanie jej z dedykacją - szczyt marzeń :)

Premiera - 17 czerwca - idealny prezent na kolejną rocznicę ślubu!!!

wtorek, 9 czerwca 2015

Klasyk.








Na powietrzu smakuje najlepiej - któż tego nie wie!
Ledwie przekroczę granice działki, już czuję potrzebę zjedzenia czegoś.
Oczywiście, najlepiej - słodkiego.



Do propozycji "na szybko" - ciasto drożdżowe - na słodko, wytrawnie. Jak kto chce.

Tym razem klasyk nad klasyki - ciasto z rabarbarem.
Kruchy spód, dużo rabarbaru, ubite białka i kruszonka - poezja smaku!



Spód:
3 szklanki mąki
4 żółtka
1/2-3/4 szklanki cukru
1 łyżeczka proszku dopieczenia
200 g masła
1 łyżka śmietany

1 kg rabarbaru (+ cukier do zasypania)

Beza:
4 białka
3/4 szklanki cukru (dlatego warto do ciasta dać mniej)

Z podanych składników zagnieść ciasto.




Dzielimy je na dwie części w proporcji 2/3 i 1/3.
Schłodzić w lodówce.
Większym kawałkiem wykładamy spód blaszki (posmarowanej masłem i wyłożonej papierem dopieczenia) i podpiekamy w 180 stopniach 12-15 minut.

W tym czasie obieramy rabarbar, kroimy na mniejsze kawałki i zasypujemy cukrem.
Gdy puści sok - odcisnąć.


Następnie białka - ubijamy jak na bezę.


W szklanej misce, najpierw na niskich obrotach. Stopniowo zwiększamy prędkość.
Gdy białka będą już dobrze ubite - dodajemy stopniowo cukier.


Podpieczony spód - wykładamy na niego odciśnięty rabarbar, na to ubitą pianę i na sam koniec ścieramy na tarce lub odrywamy po kawałku pozostałą część ciasta.

Pieczenie - około 30 minut w 170 stopniach.



piątek, 5 czerwca 2015

Łowy!

Po Dniu Matki, nadchodzi Dzień Dziecka.
Na niemal każdym blogu, w szczególności pateringowym, obowiązkowy wpis - co kupić, gdzie pojechać, co przygotować.

A ja - przekornie.
Dzień Dziecka dla mnie :)
Poniżej moje prezenty, które sama sobie zrobiłam.

Zaszalałam. Dokupiłam wszystkie brakujące części.
Moją skromną biblioteczkę zasiliły:



1. Anna Klejzerowicz
Sekret Czarownicy.

2. Agnieszka Wojdowicz
Niepokorne. Klara.

3. Bogna Ziembicka
Tylko dzięki miłości.
Bądź przy mnie

5. Małgorzata Mroczkowska
Angielskie lato - prezent od Marty :)

Ps: mam trzy książki - poniżej - do wymiany (najlepiej polskich autorów). Gdyby ktoś był zainteresowany - piszcie.

wtorek, 2 czerwca 2015

Podsumowanie miesiąca - MAJ

Każdy ma jakiegoś bzika (...)
Patrząc na to co mam ja - czasami wydaje mi się, że jeszcze ze dwie osoby mogłabym obdzielić.
Mania sprzątania (eeee, chyba coraz słabsza ostatnio, ale jest), gotowanie domowych obiadków, prowadzenie bloga (może nie na wielką skalę jak Kasia T, ale zawsze), korepetycje (udzielam), niemiecki (uczęszczam), wszelkie sprawy około domowe (nie mam Pani Krysi do pomocy), Tosiak i ostatnio - bieganie. Do pełni szczęścia potrzebuję psa, chomika i kolejne dziecko :)

Dziś mija dokładnie miesiąc, jak po rewelacyjnym dniu na działce, wykonałam serwis dziecka i... założyłam buty, wbiłam się w coś sportowego, włączyłam endomondo i pobiegłam.
Tzn. potruchtałam.

Nie był to wielki wyczyn ani czasowy, ani dystansowy.
Po pierwszych 300 metrach myślałam, że płuca wypluję, a moje tętno rozwali mi serce.
Pokonałam jakimś cudem 1,36 km i padłam w domu jak długa.
Ale gdzieś to ziarno się zasiało.

Poczytałam, zrobiłam rozeznanie, dokupiłam kilka sprzętów podnoszących morale i truchtam sobie.
Co drugi dzień (czasem co trzeci), zgodnie z planem - minuta marszu xxx minut biegu. Co tydzień staram się wydłużać bieg o minutę.
Czy liczę, że wpłynie to jakoś na mój wygląd? Oczywiście. Ale...
- mam świadomość, że jestem wygrana za każdym razem gdy sznuruję buty - bo ruszam tyłek z kanapy (choć nie powiem, bym często na niej gościła),
- przede wszystkim cieszę się, że zwiększam swoją wydolność - na zakończenie maja byłam w stanie przebiec 4 serie po 3 minuty! (wiem, nie jest to jeszcze poziom biegacza, ale proszę - wstań po ośmiu godzinach spędzonych przy biurku i pobiegnij, zobaczysz że nie jest to w cale łatwe).

Podsumowując:
w MAJU podczas 12 treningów przebiegłam:
- 22,5 km
- w czasie 2godz 58 min (żółwie tempo!)
- spalając 2220 kcal (aż 4 hamburgery :) )

Małymi krokami do sukcesu!