czwartek, 27 lipca 2017

Malutkie, bardzo malutkie kroki...

Pozostało 17 dni...
Czekam na urlop jak na zbawienie.
Początki tego roku nie były łatwe, o nie.... jednak koniec może będzie lepszy, ciekawszy?
Przyda mi się porządny wypoczynek, leżakowanie na plaży, słoneczko...

... o to leżakowania na plaży głównie teraz chodzi.
Żadna z nas nie chce być foczką , waleniem, słoniem morskim na złotym piasku, czy śliskim kamieniu.
Jednak nie każda znaną fitness woman być może.
Mnie zdecydowanie bardziej do foki na skale niż Lewandowskiej na macie.
Bo nie ukrywam, że leżakowanie na macie straszliwie mnie nudzi...

Zdecydowałam - każdego dnia - aktywność fizyczna być musi.
Za dużo w moim życiu samochodu, za mało ruchu.
A to wiadomo co powoduje - otyłość brzuszną.
Ponieważ BMI wskazuje, że z nadwagi do otyłości daleko już nie mam - czas działać.

Odkurzyłam stare książki od Pani dietetyk, wyciągnęłam buty i.... zaczęłam "biegać".
Choć bieganie to w moim przypadku duże słowo: truchtam. Truchtam. Truchtam.
Przebiegam triumfalnie ponad TRZY kilometry - więcej nie jestem w stanie.
I się cieszę.
Cieszę się jak głupia, że jednak, że do przodu, że moje płuca dają radę.
W prawdzie biegam w cyklach: 500-700 m biegu, 200 m marszu by oddech wyregulować.
I o dziwo idzie!
Choć moja znajoma, bardziej wprawiona w tę zabawę, radzi by biegać wolniej (moje 3-3,5 km trwa około 25 minut), ale dłużej.
Wtedy mam większą pewność, że spalanie uaktywni się z tłuszczu, a nie tylko glukozy. Czy jakoś tak.
Dziś dzień resetu.
Będzie prasowanie, wiec już truchtem nie będę się wykańczać.
Ale jutro może wejdę w rytm 5 km w długim, wolnym marszobiegu....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz