środa, 3 grudnia 2014

Wnuczka do orzechów.

Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze młodym człowiekiem :) wpadła mi w ręce "Kłamczucha" Małgorzaty Musierowicz.
A że były to czasy wypożyczania książek, a nie takiej nonszalancji jak dziś - kupowania! - to bardzo ubolewałam nad faktem, że nie mogę przeczytać całej Jeżycjady po kolei.
Rodzina Borejków zawładnęła moim sercem.
Kochałam mądrość Mili Borejko, uwielbiałam ciepło Gabrysi, solidaryzowałam się z Pulpecją... I czułam klimat ich kuchni, domowego jedzenia, ludzkiej życzliwości. Żyłam razem z nimi.

Gdy zasobność portfela zaczęła pozwalać na kupowanie książek - skompletowałam całą serię.
Dokupuję systematycznie kolejne tomy, wierząc, że gdy dziecko me dorośnie - pokocha tę rodzinę tak jak ja.

Wczoraj skończyłam czytać dwudziesty już tom Jeżycjady - "Wnuczka do orzechów".
Jak zawsze pozostał niedosyt. I choć wielu uważa, że Musierowicz się wypaliła, że książka nie jest już tak fajna jak wcześniejsze tomy to wiem, że i tak bym ją przeczytała.
Jedyne czego mi w niej brakowało to zdecydowanie Borejków.
Jest w prawdzie Ida, Ignaś czy Józef... Ale za mało jak dla mnie esencji borejkowej rodziny - Mili, Ignacego. Za mało ich życia. Może spowodowane jest to faktem, że cała historia rozgrywa się na wsi, że Roosevelta przebudowują i cała rodzina uciekła z upalnego, głośnego Poznania.

Jedno jest pewne - czekam na kolejny tom, bo znów chcę być częścią tej rodziny.
I wiem, że nadejdzie czas by wszystkie tomy znów przeczytać.

2 komentarze:

  1. Książki Musierowicz czytałam będąc nastolatką. Teraz już nie czuję się zainteresowana.

    OdpowiedzUsuń