piątek, 18 września 2015

Piątek / Sobota


Czekam cały tydzień.
Na piątkowy wieczór, kiedy to zasiądę z Panem Mężem przed TV, z lampką wina w dłoni, oglądając jakieś bzdury, tuląc Tosiaka do spania. Później czas na książkę i odpoczynek do10-tej rano kolejnego dnia....

Przychodzi ten upragniony dzień i co?
O 6 rano już robię zakupy na targu, by zdążyć z przygotowaniem śniadania, przyszykowaniem siebie, Młodej. By w tempie ekspresowym wybiec z domu do przedszkola i dalej, na autobus. Z tego pośpiechu jeszcze będzie spięcie, że za wolno ONA myje zęby, że szybko musimy się uczesać...
Powrót po 17.
I nie wiem, czy sprzątać, ogarniać, czy iść na spacer.
Jak wybiorę jedno - mam wyrzuty, że Tosia znów bawi się sama; jak pójdziemy na spacer - mam wyrzuty, że w mieszkaniu bałagan.
A wieczorem... Nie jestem w stanie wysiedzieć do 22... Za krótka ta dobra, za krótka!
I po co to wszystko?
Gdzie spokój, harmonia?

Coraz częściej myślę, że mogłabym pracować na pół etatu...
Bo co z tego, że spełniam się zawodowo, jak mam wyrzuty, że zaniedbuję dom, dziecko...
Pan Mąż ciągle zajęty, w delegacjach, szkoleniach itp.

Po ostatnim weekendzie w Górkach, marzy mi się domek.
Niedaleko, ot do godziny drogi z domu.
Tak, by w piątek o 17 wsiąść w auto, zabrać trochę rzeczy i uciec.
Od pośpiechu, zgiełku, ciągłej szarpaniny z samym sobą.

I wstać wtedy w sobotni ranek nawet o 6, zaparzyć kawę (już bez cukru!), owinąć się szlafrokiem i grzać ręce na kubku, siedząc na tarasie z widokiem na góry.
Tośka niech biega boso po trawie, G niech odsapnie.
Każdemu z nas przydałby się taki czas.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz