wtorek, 24 listopada 2015

Ukulturalnianie.


Listopad.
Miesiąc bogaty w wydarzenia.
Po zaliczeniu kilku premier w kinie, przyszedł czas na długo oczekiwaną  Galę Straussa.
Bilety czekały pół roku .
A ja cierpliwie liczyłam dni.

Oczywiście nie mogło obyć się bez komplikacji.
Pan Mąż nie mógł szybciej wrócić z pracy, jechaliśmy na ostatnia chwilę, parkingi przy Domu Muzyki i Tańca zajęte, teren w koło również (Górnik akurat grał).
Z wywieszonym językiem wpadliśmy na salę z trzecim dzwonkiem.

Podczas uwertury wyrównałam oddech, otarłam pot z czoła i czekałam na to co najlepsze.
A tu niespodzianka.
Pierwsza aria, z "Wiedeńskiej krwi", po niemiecku.
Już widziałam błysk zemsty w oczach Małża, już poczułam smak porażki i nudy przez najbliższe dwie godziny....
Nic bardziej mylnego!
Wróciliśmy do języka ojczystego - i to nie Straussa.
Piękne widowisko!
Piękna muzyka.
I jak zawsze, na sam koniec, sztuczne ognie i wybuchy radości w postaci Marsza Radetzkiego.
Można było się poczuć jak na Koncercie Noworocznym w Wiedniu.

Do pełni szczęścia chciałam jeszcze dorzucić katowicką NOSPRę i koncert Radzimira.
Zdawałam sobie sprawę, że jego popularność jest ogromna.
Ale to co się wydarzyło w zeszły piątek przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
O 10 rano miała się zacząć sprzedaż biletów.
O 9:40 nie udało mi się już wbić na stronę.
O 10:30 sprzedaż była już zakończona.
Na 1.700 biletów polowało ... 120.000 ludzi.
Cóż.
Pozostaje wersja na DVD.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz