środa, 1 października 2014

Spódnice w górę.

Byłam.
Wyszłam z kina przed końcem filmu.
Gdyby nie to, że film zaczął się bardzo późno, może udało by mi się wytrwać.

 


O czym film? Hmmm zbyt trudna fabuła to nie była.

11 kobiet, bardzo różnych społecznie, obyczajowo. Które łączy jedno - zamiłowanie do seksu.
Kilka śmiesznych scen, przewaga dziwnych i czasem niesmacznych (nie, żebym była pruderyjna).

Zaczynamy od kobiety, która ma dość udane życie rodzinne, ale zakochuje się w... kobiecie, która opiekuje się jej dziećmi jeden wieczór.
Kolejna - ginekolog - obsesyjnie boi się wszystkiego.
Pani prawnik ma wstydliwy problem - jelitowy.
Poznajemy zdradzana żonę i kochankę jednego (brzydkiego) faceta.
Matkę nastolatki niemogącą pogodzić się z upływem czasu i panią biznesmen, która nie ma ani rodziny, ani przyjaciół.
W pewnej chwili wydawało mi się, że jedyną normalną postacią jest zaszczuta przez przełożoną sekretarka - młoda dziewczyna powiązana wątkowo z rodziną kobiety zakochanej w kobiecie.

Scenki pomiędzy postaciami galopują w zawrotnym tempie. Raz jesteśmy przy mammografie i dowiadujemy się, że jedna z bohaterek ma nowotwór, a za chwilę jesteśmy na klatce schodowej przy mężu zdradzającym żonę.

Czy polecam?
Raczej nie.

3 komentarze:

  1. Seans nieudany? Szkoda... W takim razie nie marnuję na to czasu (czasem zdarza mi się oglądać filmy wieczorami :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też byłam w kinie na "Spódnice w górę", faktycznie nie powalał, choć nie był też tragiczny ;) dużo bardziej polecam "Słowo na M"

    OdpowiedzUsuń