wtorek, 4 sierpnia 2015

Lato Stiny - Lena Anderson

Z czytaniem Tosi jestem na bakier.
Przykre, wiem.

Ja - mol książkowy - który czyta ile się da i gdzie się da, czytaniem dziecku nie mogę się pochwalić.
Dlaczego?
Powodów jest kilka:

1. Nie znoszę czytać na głos - możliwe, że wynika to z traumy szkoły podstawowej, gdy na lekcji polskiego zawsze musiałam czytać "Ładna dykcja, modelowanie głosem".
Krystyną Czubówną nie jestem.

2. Zaczęłyśmy od "złych" książek.
Tosia jest/ była za mała na "Dzieci z Bullerbyn", czy "Karolcię". A ja ambitnie - z wysokiej półki!
Wątek ciągnął się za długo, a trzy-czterolatek nie umiał skupić się na tekście tak jak na obrazkach.

3. Ziewanie.
Nie zdążę przeczytać pierwszych pięciu zdań jak już ziewam i myślę o spaniu.

Ale...
Kupując sobie ostatni stosik (TEN) kupiłam coś i dla Tosi.



Lato Stiny Leny Anderson to bajeczna podróż do świata dzieciństwa, gdzie życie płynie leniwie, jest czas na szukanie skarbów, wspólne chwile z dziadkiem.


Najpiękniejsze w tej książce są rysunki.
Proste, pastelowe, klimatyczne, wręcz można poczuć powiew Skandynawii.
Tekstu nie ma za wiele, bo dwa-trzy zdania na każdej stronie.
Ale po ich przeczytaniu przychodzi chwila na opowiadanie co widzimy na rysunku. I tu można już puścić wodze fantazji.
Choć Tosia komentowała to jednym, ucinającym wszelkie spekulacje zdaniem - "Przecież widzę mamo co tam jest".

Podsumowując - chciałabym mieć i takiego dziadka i taki domek!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz