poniedziałek, 10 marca 2014

Nowa fascynacja.

Nie od dziś wiadomo, że najlepsze efekty przy utrzymaniu dobrej kondycji daje nie tylko dieta, ale przede wszystkim ruch.

W czasach studenckich wbijanie się w mniejsze rozmiary ubrań nie było trudne. Stres związany z kolokwiami, sesją, bieganie między wydziałami miały zbawienny wpływ nawet na cotygodniowe, powiększone zestawy w sieciówce na M. 
Niestety - kilka czynników już nie wspomaga ciała. Trzeba ratować się i dietą i ruchem. 
Należę do osób, które muszą mieć dobrze zorganizowaną godzinę ćwiczeń - inaczej - odpuszczam bo się nudzę.
Ewa Chodakowska - nuda przy skalpelu, Mel B - fajnie, ale w domu jakoś ciężko się mobilizować, jak już znajdę kompana do wyjść na fiku-miku - to kompan odchodzi z pracy i kontakt się rozluźnia. Ale jest coś co mnie ostatnio kręci. CHODZENIE. 
Począwszy od 4 km do pracy minimum trzy razy w tygodniu, a skończywszy na INDOOR WALKING.




Czym jest?
Specjalne bieżnie, które nie mają elektronicznych wyświetlaczy, które nie pędzą tak, że boisz się, że spadniesz. Sami swoimi mięśniami wprawiamy je w ruch. A jak sami je wprawiamy w ruch to musimy trochę się zmęczyć. Trochę to mało powiedziane. Pierwsze 10 minut mam wrażenie, że płuca wypluję. A później jest już tylko lepiej. Koszulkę można wykręcać, zmęczenie osiąga zenit, ale - nie ma w ogóle zakwasów na drugi dzień!



Podoba mi się, nawet bardzo. Dlatego mam nadzieję, że grupa gdzie chodzę utrzyma się, a efekty za jakiś czas będą widoczne!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz