środa, 22 lipca 2015

Natasza Socha - "Rosół z kury domowej".

"(...) Są kury amatorskie, nieśne i mięsne. I jeszcze ogólnoużytkowe (...)"

Moja pierwsza książka do recenzji...
Powinnam chyba zacząć tak ładnie jak robi to większość blogerów-recenzentów.
Że takie i takie wydawnictwo, że tyle stron, że premiera tego czy innego dnia!
Nic z tego!
Ja przekorna jestem!
"(...) bo przecież kobieta ma prawo do zmiany zdania, i to bez podania konkretnego powodu (...)"

Zacznijmy od tego, że z twórczością Nataszy Sochy zetknęłam się pierwszy raz.
Rosół z kury domowej urzekł mnie przede wszystkim okładką.
Maską.
Maską wenecką, która bardzo dobrze działa na wyobraźnię.






Początek mnie nie zachwycił.
Poznajemy cztery bohaterki:

1. Wiktoria - pani architekt, która po ślubie z Tymonem oddała się w całości byciu zawodową kurą domową. Mogłaby konkurować z perfekcyjną panią domu, a nawet uważam, że z łatwością by ją prześcignęła.
Bowiem Wiktoria stała się chodzącą encyklopedią w dziedzinie gotowania, sprzątania, prania, prowadzenia domu, przygotowywaniu przyjęć.
Do czasu.
Aż dostała po głowie - mąż znalazł sobie następczynię.

2. Lea - kolejna kobieta, która w pełni poświęciła się dla domu, męża rodziny - idealny robot domowy.
Co miała dla siebie?
Dwa dni w miesiącu, gdy uciekała do swojej samotni, by odetchnąć.
I tyle. Bo dla męża była niewidzialna.
Z całej czwórki tylko ona jest przykładem i dowodem jednocześnie, że jeśli partner jest na poziomie - zmiany na lepsze są możliwe!

3.Mara - najsmutniejsza postać.
Kobieta cicha, łagodna, zaszczuta przez swego oprawcę - męża.
Męża choleryka, który niepowodzenia z pracy wyładowuje na żonie.
Ale i ona stawiła czoła prześladowcy, gdy czara goryczy się przelała wraz z jego przemocą psychiczną i fizyczną wobec niej...

4. Judith - czwarta ofiara złego wyboru.
Z nadwagą, słabą wiarą w swoją atrakcyjność i mężem, którego przyzwyczajenia w zachowaniu zaczerpnięte zostały od "koleżanek" z pracy - świń.
Gdyż Adam hodowcą świń był!

Dlaczego początek mnie nie zachwycił?
Nie do końca spodobała mi się nagonka na mężów.
Nie chodzi mi o te konkretne, przedstawione przypadki (bo są okropni i takich Adamów, Tymonów czy innych Wunibaldów należy tępić jak perz).
Widzimy tylko białe, uciśnione, nieszczęśliwe kury domowe (które nota bene same przystały na takie role), i tych złych, okropnych mężów.
Wszystko jest białe albo czarne.
A dobrze wiemy z życia codziennego, że więcej w nim szarości niż konkretnych barw.

Ale nastąpił przełom.
Siła rodzącej się przyjaźni wpłynęła na nasze bohaterki bardzo regenerująco!

"(...) w pewnym wieku bowiem przyjaźń opiera się na zupełnie innych fundamentach niż ta przedszkolna. Opiera się na SARKAZMIE, IRONII, ŚMIECHU, ALKOHOLU oraz wrogości do tych samych osób. Oraz na strategii przetrwania i ponownego odnalezienia własnej kobiecości (...)"

Dziewczyny chcąc zmienić trochę swoje życie, wpadły na genialny pomysł.
Jaki? Przeczytaj!

Od tej chwili książkę pożerałam. I - czuję niedosyt.
Chciałabym poznać dalsze losy bohaterek.
Książka - według mnie - została "urwana" w najfajniejszym momencie.
Natasza Socha - może kontynuacja?

Reasumując - książka lekka, przyjemna, choć porusza temat dość trudny . Bo bycie House Manager to nie bajka.
Lekkie pióro autorki sprawia, że książkę gorąco polecam do wakacyjnej walizki!






(wszystkie cytaty - Natasza Socha "Rosół z kury domowej")





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz