poniedziałek, 16 czerwca 2014

16 czerwca 2014


Marathon. W końcu dotarliśmy. I jakież było moje rozczarowanie. Wioska mniejsza od tej gdzie byliśmy na targu (Nea Makri czy jakoś tak).
Zobaczyliśmy wszystko co było do zobaczenia przed muzeum Maratonu (co za pech, w poniedziałki muzea są zamknięte...).
Za to udało nam się kupić domowej roboty Ouzo, czyli "czipuro".  I stadion też obejrzeliśmy (przypominał mi stadion Piasta przed remontem....).
I tyle.
Do jeziora maratońskiego było za daleko, a upał jest dość intensywny i po max. 3 godzinach Tosia zaczyna nam opadać z sił...







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz